1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

„Zadanie wykonane” to wspomnienia czeskiego patrioty Franka Maresa, który podjął walkę o wolność swojego kraju w jedyny możliwy sposób – został pilotem.

Podczas II wojny światowej Czesi wybrali strategię uległości wobec Hitlera. Nie wszyscy jednak się z tym pogodzili. Ci, którzy chcieli walczyć, musieli emigrować. Odyseja Franka Maresa to los, który stał się udziałem wielu jego rodaków.

W 1939 roku Mares uciekł przez Polskę do Francji. Po wielu perypetiach trafił do tamtejszych Armée de l’Air, a po kapitulacji Francji – do brytyjskiego RAFu. Latając Hurricanami i Spitfire’ami, stoczył wiele walk powietrznych i nigdy nie został zestrzelony. W 1942 roku otrzymał Distinguished Flying Medal (DFM) i Czechosłowacki Krzyż Walecznych.

Po wojnie, jak wielu jemu podobnych, Mares nie mógł powrócić do ojczyzny i pozostał w Anglii. Osiadł w Yelverton, hrabstwo Devon, koło Harrowbeer – dawnego lotniska RAFu.

Znakomita książka dla zainteresowanych lotnictwem, ale również zawiłą historią ludzkich losów. Portal samoloty.pl objął paronat medialny nad tą pozycją.

 

Zadanie wykonane 72dpi

 

Już niedługo na naszym portalu ukaże się recenzja tej książki. Dla zainteresowanych publikujemy jej fragment:

"W piątek 4 kwietnia polecono mi ćwiczyć walkę powietrzną z kapitanem Gilbertem, dowódcą eskadry „B” i słynnym angielskim asem akrobacji lotniczych. Czułem się nikim przy takim mistrzu, moje stopy w butach lotniczych zamieniły się w galaretę. Ale nie miałem wyboru, więc na niespełna dwóch tysiącach metrów, nad powłoką gęstych chmur, zaczęliśmy walczyć. Niebawem kapitan siedział na ogonie mojego Hurricane’a. Niełatwo mi było pogodzić się z pozorowanym zestrzeleniem. Uspokoiwszy nerwy, posłużyłem się techniką, której nauczyłem się we Francji, to znaczy wykonałem szybką beczkę, aby wyjść z poważnej opresji, a kiedy ja też zaliczyłem trafienie, wróciła mi pewność siebie. Później wdaliśmy się w walkę równie wyczerpującą dla nas, jak i dla samolotów. Kiedy mój nauczyciel pokiwał skrzydłami swojego Hurricane’a, ustawiłem się obok niego i zobaczyłem, że pokazuje mikrofon wmontowany w maskę tlenową, co oznaczało, iż jego radio nie działa. Uniosłem kciuk na znak potwierdzenia i poprowadziłem go przez chmury do podstawy balonowego korytarza, nad którym się rozdzieliśmy. Po wyjściu z chmur kapitan Gilbert nagle pomknął przed siebie i zanurkował w stronę drzwi dywizjonowego baraku odpraw – w ostatniej chwili poderwał samolot, wykonał sekwencję spektakularnych wolnych i szybkich beczek, a później wszedł w następny lot nurkowy. Raz jeszcze powtórzył swoje beczki, tym razem nisko nad lotniskiem. Kiedy nawracał po raz trzeci, byłem nieco z tyłu i na prawo od niego, zauważyłem, że patrzy na mnie. Uznawszy, że będzie lepiej, jeśli nie okażę się tchórzem, w ślad za kapitanem Gilbertem wykonałem serię beczek, omal się przy tym nie zabijając.

Ze względu na brak doświadczenia w brawurowych akrobacjach straciłem wysokość. Doskonale pamiętam, jak podczas swojej trzeciej powolnej beczki, lecąc na plecach, widziałem po obu stronach przemykające drzewa i dachy domów. Ludzie na ziemi, obserwując mój „wspaniały” pokaz, mogli pomyśleć, że jestem bardzo uzdolnionym pilotem, a tymczasem ja, po wylądowaniu, pobiegłem zmienić bieliznę. Wtedy też poprzysiągłem sobie, że nigdy więcej nie będę wykonywał akrobacji poniżej przepisanej wysokości tysiąca metrów."


REPLIKA