1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

Od katastrofy airbusa 28 grudnia samoloty tanich linii lotniczych AirAsia mają same kłopoty. Ostatnio - w sobotę samolotowi startującemu z tego samego lotniska, z którego wyruszyła maszyna tragicznego rejsu QZ8501, na pasie startowym w czasie rozpędzania się zgasły silniki. Na pokładzie wybuchła panika. Ludzie wysiedli z samolotu i zażądali zwrotu pieniędzy. Przewoźnik odmówił przekonując, że maszyna może polecieć.

W sobotnie popołudnie z lotniska Surabaja na indonezyjskiej Jawie samolot linii AirAsia mający w rozkładzie lot do Bandung rozpoczął zgodnie z planem kołowanie. Silniki zaszumiały jednak po przejechaniu dosłownie kilku metrów, nagle kompletnie zgasły.

Na pokładzie wybuchła panika. 120 pasażerów zaczęło krzyczeć, że chce wysiąść. Wtedy z kabiny pilotów wyszedł kapitan i zapewnił, że silniki zostały wyłączone, a nie zgasły, i że problemem nie są one, lecz jedno z urządzeń pokładowych, które nie pokazywało odpowiedniego odczytu.

Kapitan poinformował też, że  - mimo opóźnienia - lot się odbędzie, bo maszyna jest sprawna. Na pas startowy przyjechała obsługa techniczna przewoźnika i wymieniła zepsute oprzyrządowanie. Mimo to 90 proc. pasażerów, którzy w tym czasie zdecydowali, że opuszczą samolot, odmówiło powrotu.

Wszyscy udali się do biura AirAsia na lotnisku i tam zażądali zwrotu pieniędzy za rejs. Przewoźnik odmówił. Samolot z pozostałymi pasażerami tymczasem wystartował i doleciał do miasta Bandung.

29 i 30 grudnia doszło do dwóch kolejnych incydentów z samolotami AirAsia. Jeden z nich został zawrócony na lotnisko startowe po tym, jak piloci usłyszeli "nietypowe dźwięki" dobywające się z silników, a inny przestrzelił pas w czasie lądowania.

 

TVN24