Georges Guynemer Georges Guynemer

Georges Guynemer -
urodził się w stolicy Francji 24 grudnia 1894 r. Był chorowitym dzieckiem. Nie rokowało to przyszłości w armii. Za bardzo się tym nie przejmował. Widział swoje miejsce w wojsku. Postanowił że zostanie… lotnikiem. Wydaje się to bardzo dziwne. Każdy przecież wie, że lotnictwo od swoich ludzi wymaga bardzo dobrego stanu zdrowia. Na krótko zaczął studia w Paryskiej Politechnice. Rwał się do latania. Wykolegował lekarzy. Skorzystał ze znajomości w rodzinie. Zaskoczył przełożonych swoją wiedzą fachową.

Georges wstąpił do francuskiego lotnictwa wojskowego. Początkowo został mechanikiem. Dzięki temu samolot nie miał przed nim wielu tajemnic. Następnie przeszedł szkolenie za sprawą którego został pilotem. Z licencją pilota jak z przepustką wyruszył na front. Trwała I wojna światowa. Lotnictwo w niej zaczynało swój bardzo szybki rozwój. Stało się nową bronią. Która w rękach doświadczonych ludzi potrafi nie tylko atakować czy bronić. Ale skutecznie zadawać straty. Więcej, służyć bardzo smutnemu celowi, zabijaniu. Lotnictwo wojskowe po obu stronach frontu potrzebowało mechaników i pilotów. Guynemer łączył dwa w jednym. Kiedy trzeba był mechanikiem. Ale przede wszystkim był pilotem. Jako ten ostatni przeszedł do historii. Zestrzelił najwięcej wrogich maszyn. Miał ich na swoim koncie 53. Przy czym sam opłacił to swoimi 8 zestrzeleniami.

Kiedy wojna przekroczyła granicę rodzinnej Francji. Latał nad Belgią. Nie wiedział, że polegnie nad nią. W kalendarzu znalazła się kartka z datą 11 września 1917 r. Tego dnia ostatni raz wzbił się w powietrze. Z tego lotu nie wrócił. Daremnie czekano jego powrotu na lotnisku. Łudzono się nadzieją powrotu. Lotnicy w tamtych dniach wobec siebie potrafili się zachowywać bardzo rycersko. Świadczyłaby o tym relacja niemieckiego pilota. Był nim Ernst Udet. Opisał swoje spotkanie i walkę z Guynemerem. Ilość startów nie zrównoważyła się ilością lądowań. Bez powodzenia koledzy szukali miejsca zestrzelenia przyjaciela. Ziemia milczała. Ciała pilota nie udało się odszukać. Po śmierci rodacy okrzyknęli go asem myśliwskim francuskiego lotnictwa. Za życia potrafił podbicia serca swoich ziomków. Z pieniędzy, które otrzymywali asy (takim był) zgromadził niemałą sumkę. 15 000 franków przeznaczył na fundusz pomocy rannym i poszkodowanym w walkach. Nie może więc dziwić, że francuski parlament 19 października 1917 r. przyjął rezolucję w której jego nazwisko zostało wpisane do narodowego Panteonu znajdującego się w Paryżu.

 

Oprac. Konrad Rydołowski