Zatoka San Carlos, Falklandy, 27 maja 1982 roku, godzina 17:00.
Na pokładzie HMS „Intrepid” rozbrzmiał krótki, urywany dźwięk alarmu.

 

 

 

 

 

 

Marynarze na wyścigi popędzili do dział przeciwlotniczych. Neil Wilkinson dopadł stanowiska na dziobie okrętu. Załadował cardridge z sześcioma pociskami, usiadł na siodełku i przełączył działo na tryb automatyczny. Prawą nogę oparł na wsporniku, a lewą dotknął spustu. Potężna armata Boforsa ożyła. Lufa pochyliła się i skierowała na południe, skąd miał nadlecieć wrogi samolot.

Marynarz przyłożył oko do celownika i czekał.
Z południa słychać było narastający grzmot. Na niebie pojawiły się cztery ciemne, szybko rosnące punkciki.  Neil bez problemu rozpoznał samoloty. To A-4 Skyhawk – podstawowe myśliwce sił powietrznych Argentyny. Gdy sylwetka pierwszego z nich wypełniła ekran celownika Neil lewą nogą nacisnął spust działa.
Armata kalibru 40 milimetrów w krótkim spazmie wypluła sześć pocisków, które dosięgły celu. Neil patrzył, jak ze Skyhawka odpadają części kadłuba, a za silnikiem pojawia się smuga czarnego dymu jak struga krwi. Jak zahipnotyzowany obserwował myśliwca, który znika za wzgórzem. Po chwili z oddali dobiegł stłumiony huk.
Początkowo ogarnęła go euforia, jednak po chwili ustąpiła strasznej myśli.
„Mój Boże, właśnie zabiłem człowieka…”

Wojna o Falklandy stoczona wiosną 1982 roku i zakończona spektakularnym zwycięstwem Wielkiej Brytanii została sprowokowana przez argentyńską juntę wojskową, która desperacko szukała sposobu na odwrócenie uwagi społeczeństwa od swoich nieudolnych rządów. Te małe, smagane wiatrem wyspy na południowym Atlantyku były od zawsze przedmiotem sporu między Argentyną, a Wielką Brytanią. Brytyjczycy skolonizowali je już w 1833 roku, ale Argentyna nigdy nie wycofała swoich pretensji do nich. Niewiele było spraw, w których Argentyńczycy byli tak jednogłośni – „Malvinas son argentinas!” („Malwiny (argentyńska nazwa Falklandów) są argentyńskie!”). Przywódca junty generał Leopoldo Galtieri doszedł do wniosku, że zajęcie wysp siłą to najlepszy sposób na polepszenie nastrojów społecznych i odciągnięcie uwagi ludzi od niewesołej sytuacji w kraju.
2 kwietnia 1982 roku na plażach Falklandów wylądowało kilka tysięcy argentyńskich marines, którzy szybko zdusili opór niewielkiego oddziału brytyjskich żołnierzy i zmusili gubernatora Rexa Hunta do ewakuacji.
Reakcja premier Margaret Thatcher była natychmiastowa. Wieczorem tego samego dnia w Londynie zapadła decyzja o odbiciu wysp.
Przygotowania przeprowadzono w błyskawicznym tempie. W ciągu trzech dni z brytyjskich portów wypłynęło sto okrętów, na pokładach których znajdowało się ponad 15 tysięcy żołnierzy, głównie elitarnych formacji.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że specjaliści z US Navy, z którymi konsultowali się Brytyjczycy uznali, że z wojskowego punktu widzenia odbicie wysp siłą jest po prostu niemożliwe. Żelazna Dama miała jednak inne zdanie na ten temat.
Trzon wojskowej ekspedycji mającej za zadanie odzyskanie Falklandów stanowiły dwa lotniskowce – HMS „Invincible” i HMS „Hermes”. Na ich pokładach znajdowały się Harriery – myśliwce pionowego startu i lądowania, które już wkrótce miały zadać Argentyńczykom ciężkie straty.
21 maja w zatoce San Carlos na wybrzeżu Falklandu Wschodniego rozpoczyna się desant oddziałów lądowych. Przed nimi długa droga przez całą wyspę, by odbić z rąk Argentyńczyków stolicę Falklandów – Stanley.
Argentyńczycy szybko zlokalizowali zgrupowanie brytyjskich okrętów w zatoce i zaczęli je nękać atakami lotniczymi. Zatoka San Carlos przeszła do historii jako „Aleja bomb”.
Jednym z okrętów desantowych biorących udział w lądowaniu w zatoce był HMS „Intrepid”, który wysadził na brzeg batalion komandosów Royal Marines. Jednym z członków jego załogi był 22-letni Neil Wilkinson z Leeds.
Neil wstąpił do Royal Navy trzy lata wcześniej. Uznał, że marynarka wojenna to świetna szkoła życia, a przy tym okazja do poznania świata i… zarobienia paru groszy. Na pokładzie „Intrepida” obsługiwał jedno z dział przeciwlotniczych.
27 maja 1982 roku był słonecznym, ale dość chłodnym dniem. Na niebie nie widać było ani jednej chmury i widoczność była znakomita. Załoga okrętu pozwoliła sobie na chwilę relaksu.

 

A-4 Skyhawk w barwach Argentyńskich Sił Powietrznych - identyczny z tym, którego pilotował Mariano Velasco.

 

W tym samym czasie z bazy wojskowej Rio Gallegos w Argentynie wystartowały cztery myśliwce A-4 Skyhawk. Formację prowadził 33-letni porucznik Mariano Velasco – jeden z najlepszych pilotów Fuerza Aerea Argentina, czyli Argentyńskich Sił Powietrznych. Zaledwie dwa dni wcześniej zatopił niszczyciel HMS „Coventry”. Podczas ataku zginęło 19 brytyjskich marynarzy.
Kiedy tylko radar na HMS „Intrepid” wykrył intruzów na okręcie rozbrzmiał alarm, a marynarze popędzili do stanowisk dział przeciwlotniczych.
40-milimetrowe działo Boforsa ustawione na dziobie obsługiwał Neil. Bezbłędnie naprowadził je na cel i puścił salwę w kierunku nadlatującego myśliwca. Nie spudłował – widział, jak z samolotu odpadają części kadłuba, a za nim pojawia się smuga ciemnego dymu. Myśliwiec zwolnił, skręcił i zniknął za wzgórzem. Po chwili dobiegł stamtąd przeciągły grzmot.
Najpierw Neila ogarnęła euforia. Po chwili jednak dotarła do niego straszna myśl, że właśnie stał się sprawcą śmierci człowieka. Zabójcą.
Wojna trwała krótko. Brytyjczycy dosłownie zmietli argentyńskich okupantów i zdobyli Stanley. Trudno się dziwić – różnica w wyszkoleniu i wyposażeniu żołnierzy obydwu stron była kolosalna.
14 czerwca 1982 roku generał Mario Menendez – dowódca sił argentyńskich na Falklandach podpisał akt kapitulacji.
Neil i jego koledzy wrócili do Wielkiej Brytanii w glorii zwycięzców. Falklandzka wiktoria tchnęła olbrzymią falę optymizmu w brytyjskie społeczeństwo i ugruntowała polityczną pozycję Żelaznej Damy. W Argentynie zaś upadła wojskowa junta, rozpisano wolne wybory, a generał Galtieri stanął przed sądem.
Neil pozostał w Royal Navy jeszcze przez siedem lat, po czym odszedł do cywila. Zaczął pracować dla Tesco powoli pnąc się po szczeblach kariery. Widok płonącego myśliwca znikającego za wzgórzem nie dawał mu jednak spokoju.
„W wojsku uczą wielu rzeczy, ale nie mówią jak radzić sobie ze świadomością, że zabiło się człowieka” – zwierzył się przyjacielowi.
Tłumaczył sobie, że wykonywał tylko swoją pracę, że prawdopodobnie uratował od śmierci swoich kolegów, ale to niewiele pomagało. Wyobrażał sobie, co musiała czuć matka tamtego pilota i cała jego rodzina.
Unikał rozmowy na tematy związane z wojną i nie oglądał w telewizji reportaży na temat konfliktu falklandzkiego.

Z jednym wyjątkiem. W 2007 roku z okazji 25. rocznicy zakończenia wojny o Falklandy jedna z brytyjskich stacji telewizyjnych przygotowała obszerny materiał poświęcony zapomnianemu już konfliktowi. Neil przełączając kanały na pilocie zatrzymał się przypadkowo na wypowiedzi argentyńskiego pilota, który opowiadał jak został zestrzelony w zatoce San Carlos i cudem zdołał się katapultować z uszkodzonego myśliwca. Podczas lądowania poranił nogi i ręce i z trudem dotarł do pasterskiej szopy, gdzie przez kilka dni leczył rany. Znaleźli go tam mieszkańcy Falklandów, którzy zawiadomili najbliższy oddział argentyński. Ranny pilot został przetransportowany na kontynent i trafił do szpitala.
Neil znieruchomiał przed telewizorem. Wszystko się zgadzało – dzień, godzina, okolica, nawet typ myśliwca. Czyżby więc jednak zestrzelony przez niego pilot przeżył?
Poprzez ambasadę Argentyny w Londynie nawiązał kontakt z Argentyńskimi Siłami Powietrznymi, które z kolei skontaktowały go z jego niedoszłą ofiarą – obecnie emerytowanym pułkownikiem Mariano Velasco.
Dawni wrogowie zaczęli wymieniać się emailami, aż w końcu zdecydowali, że pora spotkać się twarzą w twarz.
Zanim to nastąpiło Neil najpierw poleciał na Falklandy razem z ekipą BBC, by zobaczyć miejsce gdzie rozbił się zestrzelony przez niego myśliwiec. Ku jego zdumieniu – wszystko wyglądało dokładnie tak, jak 30 lat przedtem. W ziemi widniał olbrzymi krater wybity przez spadający samolot, a wokół rozrzucone były szczątki argentyńskiego myśliwca.
Falklandy to w 95% totalne pustkowie. Po prostu nikomu nie chciało się sprzątać powojennych resztek rdzewiejących w odludnej okolicy.
Neil długo patrzył na miejsce katastrofy. W ciągu ostatnich 30 lat wiele razy wyobrażał sobie, jak wyglądały ostatnie chwile zestrzelonego przez niego pilota. Teraz dziękował Bogu, że cudem udało mu się przeżyć.
Z Falklandów Neil i dziennikarze BBC polecieli do Argentyny, gdzie w prowincji Cordoba mieszkał pułkownik Mariano Velasco – niedoszła ofiara Neila.
Pułkownik – wysoki, siwy mężczyzna z wąsem czekał na niezwykłego gościa przed swoim domem.
Serdecznie uścisnął człowieka, który 30 lat wcześniej usiłował go zabić.
- Witaj w moim domu, Neil! – powiedział.
- To dla mnie zaszczyt – odparł Brytyjczyk.
Dwaj dawni wrogowie zostali teraz najlepszymi przyjaciółmi.

 

Dawniej wrogowie - teraz przyjaciele. Od lewej: Neil Wilkinson i Mariano Velasco

 

Podróż Neila i jego spotkanie z dawnym wrogiem wywołały mieszane uczucia w brytyjskim społeczeństwie. Nie wszyscy widzieli w tym wzruszający gest pojednania.
„Zdrajca!”, „Ciekawe co powiedziałby rodzinom zabitych na HMS „Coventry”?”, „Z Talibem też byś się tak ściskał?!”.
Ja jednak myślę, że rację ma pułkownik Velasco, który stwierdził „Dobrzy żołnierze powinni umieć sobie wybaczać. A poza tym – co tu wybaczać? Przecież każdy z nas wykonywał tylko swoje zadanie.”
Ta wojna zrodziła wiele par takich nietypowych przyjaciół.
Najbardziej znaną ikoną wojny o Falklandy jest walijski gwardzista Simon Weston – członek załogi statku transportowego „Sir Galahad”, który 8 czerwca 1982 roku stał się obiektem ataku argentyńskiego myśliwca. Transportowiec przewoził głównie amunicję, w tym bomby fosforowe oraz tysiące litrów paliwa. W płomieniach zginęło 48 Brytyjczyków, a wielu innych zostało ciężko poparzonych. Jednym z nich był Simon, który dosłownie stracił twarz. Po wojnie przeszedł kilkadziesiąt operacji rekonstrukcyjnych i niewyobrażalne cierpienia. Dużo pił i przeszedł próby samobójcze. W końcu wyszedł z depresji i zaczął działać na rzecz okaleczonych weteranów wojennych. Bardzo mu w tym pomógł… pilot argentyńskiego myśliwca, który był przyczyną jego cierpień. Obaj zostali serdecznymi przyjaciółmi.

W połowie lat 90-tych mój Ojciec był w grupie ONZ-owskich obserwatorów wysłanych do Sahary Zachodniej – spornego terytorium w zachodniej Afryce. W tej grupie znaleźli się także oficerowie brytyjski i argentyński. Od słowa do słowa doszli do wniosku, że już się kiedyś spotkali. Faktycznie – ten Brytyjczyk wziął tego Argentyńczyka do niewoli na Falklandach. Te specyficzne wspomnienia wojenne nie przeszkodziły im w zostaniu dobrymi kumplami i wspólnym jeżdżeniu na patrole…

 

tekst/foto. blogbiszopa.pl