25 lat minęło od najtragiczniejszego wypadku w historii polskiego lotnictwa – katastrofy samolotu Ił 62 M „Tadeusz Kościuszko”, do której doszło w Lesie Kabackim niedaleko Warszawy. Ta katastrofa wstrząsnęła cała Polską. Zginęli wówczas wszyscy pasażerowie oraz cała załoga samolotu. Katastrofa miała miejsce 9 maja 1987 roku.

Maszyna tuż nad Lasem Kabackim coraz bardziej zniżała lot. W końcu zaczepiając o czubki drzew runął na ziemię i spłonął. W wypadku zginęły 183 osoby.

 

 

Do 9 maja 1987 r. samolot przebywał w powietrzu zaledwie 5 tys. godzin. Dzień wcześniej wrócił z Chicago. W feralną ostatnią podróż wystartował zgodnie z planem do czarterowego lotu Warszawa – Nowy Jork. Kościuszko nie osiągnął rejsowego pułapu 10 000 m. O godz. 10.40, po 23 minutach lotu, gdy wysokościomierz pokazał 8 200 m., a samolot znalazł się nad miejscowością Warlubie niedaleko Grudziądza, nastąpiła niespodziewana awaria lewego silnika wewnętrznego. Według późniejszych ustaleń doszło do pęknięcia wykonanego z nieodpowiedniego materiału wału turbiny niskiego ciśnienia – a w jego następstwie, do rozerwania wirnika siłą odśrodkową.
Elementy rozerwanej turbiny uszkodziły sąsiedni, lewy, zewnętrzny silnik, a ponadto przebiły hermetyczną część kadłuba w okolicy pomieszczenia dla stewardess, powodując dekompresję. Zniszczony został układ sterowania sterem wysokości, przecięte przewody elektryczne, a ponadto fragment rozgrzanej do temperatury 500 stopni turbiny utkwił w wypełnionej bagażami ładowni, wywołując w niej pożar.

Później w kabinie pilotów rozległ się sygnał informujący o rozhermetyzowaniu kadłuba i wyłączeniu automatycznego pilota. W tylnej części maszyny wybuchł pożar.

Kapitan samolotu Zygmunt Pawlaczyk nie tracąc głowy postanowił, wykorzystując pomocniczy ster wysokości (trymer), zejść na wysokość 4000 m. i wracać do Warszawy. By wylądować w miarę bezpiecznie samolot Ił 62 M nie mógł ważyć więcej niż 107 ton, a ważył 161 ton. Konieczne było zatem zrzucenie nadmiaru paliwa, które z powodu pożaru stało się niemożliwe. Większość urządzeń kontrolnych przestała działać. Kapitan nie wiedział o pożarze w bagażniku nr 4, ani o tym, że jest już pierwsza ofiara – stewardessa Hanna Chęcińska, przebywająca w momencie rozhermetyzowania kadłuba w pomieszczeniu technicznym obok silników. Jej nieobecność została zauważona przez resztę załogi dopiero na 4 minuty przed katastrofą. Nikt jej więcej nie widział – ani żywej, ani martwej. Jej ciała nie odnaleziono w miejscu upadku samolotu.

Załoga była przekonana, że w okolicy Grudziądza Ił zderzył się z jakąś maszyną wojskową, bądź wystrzeloną rakietą. Nie przewidzieli, ze wadliwa może okazać się konstrukcja silnika. Kapitan Pawlaczyk musiał zdać się na doświadczenie i intuicję. Miał możliwość lądowania na lotnisku wojskowym w Modlinie.Wiedział jednak również, że tylko warszawskie Okęcie dysponuje najlepszym lotniczym sprzętem ratowniczym, a od początku było jasne, że lądowanie może być bardzo ryzykowne.

Był to jednak dopiero początek tragedii „Tadeusza Kościuszki”. Po ok. 7 minutach od eksplozji nad Warlubiem mikrofony w kokpicie zarejestrowały kolejny huk, jakby wybuch, którego przyczyny nigdy jednoznacznie nie wyjaśniono.  Samolot omijał Warszawę od wschodu, by lądować na najdłuższym pasie. Nie był w stanie bowiem wysunąć podwozia. Miał lądować „na brzuchu”.

Samolot zbliżający się do lotniska płonął. Prawdopodobnie wśród pasażerów wybuchła panika. Ogień spowodował ucieczkę pasażerów do przodu maszyny.
Po ominięciu Piaseczna samolot zaczął tracić moc i opadać. Płomienie z luku bagażowego wydostawały się na zewnątrz. Brakowało dosłownie 40 sekund do lotniska. Z kabiny pilota widać było już pasy startowe na Okęciu – lecz przed nimi znajdowały się liczne, wysokie budynki warszawskiego Ursynowa.

Pilot sterował samymi lotkami. Nie chcąc powiększyć liczby ofiar, skręcił w kierunku Lasu Kabackiego i spokojnym głosem zawiadomił ośrodek kontrolny: „Ja już z tego nie wyjdę”. Ostatnie zanotowane sekundy lotu: czterokrotne włączenie radiostacji nadawczej na pokładzie „Kościuszki”, fragmenty niezrozumiałych wypowiedzi, wreszcie głos, tym razem bardzo wyraźny: „Do widzenia! Cześć! Giniemy!”

 

 

„Kościuszko” spadł między drzewa 30 metrów od południowego skraju Lasu Kabackiego. Była godz. 11.12.
Nastąpiło zderzenie samolotu z ziemią, rozległ się huk, powstał trzydziestometrowy słup ognia. Wybuchł gwałtowny pożar. Pilot śmigłowca, który zaraz po katastrofie z powietrza miał kierować akcją ratunkową, po przybyciu nad miejsce katastrofy rzucił w eter lakoniczny komunikat: „tego nikt nie mógł przeżyć”.
Udało się zidentyfikować tylko 100 ciał ofiar katastrofy. Pozostałe, spalone i porozrywane, były nierozpoznawalne.

 

Dziś miejsce tragedii przypomina krzyż i tablica z wyrytymi nazwiskami wszystkich ofiar (jackowlew.pl)

 

 

Zniszczony wskutek katastrofy fragment Lasu Kabackiego został powtórnie zalesiony. Na miejscu, gdzie rozbił się samolot, postawiono duży drewniany krzyż, a także głaz, na którym zostały wypisane imiona i nazwiska wszystkich ofiar tragicznego lotu.

 

 

 

 

na podstawie książki "Cześć, giniemy" Jarosława Reszki (Paweł Cybulak)