Vaux-sur-Somme, Francja, 21 kwietnia 1918 roku, godzina 12:00.
Dwie długie serie pocisków przeleciały koło trzypłatowego Fokkera i uderzyły w taflę rzeki wzbijając rządki małych fontann. Niemiecki pilot wtulił głowę w ramiona i pchnął manetkę gazu maksymalnie do przodu.

 

Zdawał sobie sprawę z tego, że jego sytuacja jest niewesoła – jest poza linią frontu, nad nieprzyjacielskim terytorium, z nieubłaganym wrogiem siedzącym mu na ogonie.

Jednak wizja kolejnego zwycięstwa przesłoniła mu zdrowy rozsądek. Wpił oczy w Sopwith Camela, który prowadzony ręką niedoświadczonego pilota miotał się kilkaset metrów przed nim i puścił kolejną serię. Chybił. Spojrzał za siebie. Drugi Camel cały czas ścigał go i ciągle się zbliżał. To już przestaje być zabawne. Jeszcze chwila, a znajdzie się w takiej odległości, z której na pewno nie spudłuje. Pora wiać.
Zostawia swoją niedoszłą ofiarę w spokoju, podrywa Fokkera do góry i skręca w lewo nad płaskowyż. Kątem oka zauważa nieregularną linię okopów i gniazda karabinów maszynowych. Zaczynają pluć ogniem w jego stronę. Ścigający go Camel również strzela.
Czuje mocne szturchnięcie w prawy bok i zaraz potem strugę ciepłej krwi spływającej po brzuchu. Ostry ból rozrywa klatkę piersiową. Chce zaczerpnąć powietrza, ale nie może. Płuca są już pełne krwi.
Ostatnim przebłyskiem świadomości kieruje Fokkera w dół i zmniejsza gaz.
Czerwony trójpłatowiec opada na łąkę, podskakuje niezdarnie kilka razy i zatrzymuje się. Jego pilot umiera.



Mimo, że od śmierci Manfreda von Richthofena zwanego Czerwonym Baronem minęło już prawie sto lat do dzisiaj uchodzi on za ideał pilota myśliwskiego. Jego wolę walki i doskonałe opanowanie sztuki pilotażu stawiają sobie za wzór piloci wszystkich sił powietrznych świata.
Urodził się w maju 1892 roku we Wrocławiu w pruskiej rodzinie arystokratycznej. Kiedy miał cztery lata jego ojciec, baron Albrecht von Richthofen uległ wypadkowi, wskutek którego musiał przejść na wcześniejszą emeryturę. Rodzina wyprowadziła się z Wrocławia i zamieszkała w Świdnicy, w domu, który istnieje do dzisiaj.
Manfred miał szczęśliwe dzieciństwo. Podobnie jak dzieci innych arystokratów uprawiał szeroką gamę sportów – pływał, jeździł konno, a gdy nieco podrósł – także polował. Po ukończeniu szkół poszedł w ślady ojca wstępując do kawalerii. Po okresie treningowym został skierowany do 1 Regimentu Ułanów.
Trzy lata później wybuchła I Wojna Światowa. Richthofen stacjonujący ze swoim oddziałem w Ostrowie Wielkopolskim został skierowany na nieodległą granicę prusko-rosyjską.
Oblicze tej wojny to przede wszystkim okopy, zasieki i karabiny maszynowe, które skutecznie ograniczyły rolę kawalerii do zadań rozpoznawczych. Richthofen poczuł niedosyt adrenaliny i złożył podanie o przeniesienie do lotnictwa. Ku jego zdziwieniu zostało ono rozpatrzone pozytywnie.

 

Kapitan Manfred von Richthofen zwany Czerwonym Baronem

 

 

Siły powietrzne krajów biorących udział w wojnie były jeszcze w powijakach. Należy pamiętać, że od lotu braci Wright, którzy jako pierwsi wzbili się w powietrze pokraczną drewnianą maszyną pokonując dystans około 250 metrów minęło zaledwie dwanaście lat. Raptownie rozwijające się lotnictwo ciągle było w Europie sportem elitarnym, dostępnym tylko dla członków najwyższych sfer. Pilotów było niewielu i cieszyli się sławą porównywalną z dzisiejszymi celebrytami. Przeważnie znali się nawzajem osobiście z pokazów lotniczych i innych imprez, które uświetniali swoimi latającymi machinami. Teraz, kiedy wybuchła wojna dobrzy znajomi znaleźli się po przeciwnych stronach frontu.
Pierwsze walki powietrzne wyglądały groteskowo. Oto niemiecki pilot napotykał francuski samolot, za którego sterami siedział jego dobry kumpel. Machał więc przyjaźnie skrzydłami, na co Francuz odpowiadał identycznym gestem, po czym lecieli każdy w swoją stronę. Mimo tego z czasem brutalna wojna ogarnęła także przestworza.
Pozostawał problem uzbrojenia samolotów. Dotychczasowe maszyny służyły przecież wyłącznie celom cywilnym i nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, by z aeroplanu strzelać do kogokolwiek lub zrzucać komuś na głowę śmiercionośne bomby. Piloci zaczęli więc kombinować w jaki sposób zrobić przeciwnikowi kuku. Najpierw zabierali do kabin… kamienie, którymi ciskali w powietrzu w samoloty wroga (to nie żart!). Potem zaczęli strzelać do nich z rewolwerów i pistoletów. Dopiero w drugim roku wojny zaczęto uzbrajać dwupłatowe myśliwce w karabiny maszynowe strzelające przez śmigło. Zestrzeliwane samoloty zaczęły spadać z nieba, a straty wśród pilotów gwałtownie wzrosły.
Mimo tego w powietrzu nadal obowiązywał kodeks rycerski, którego śladów próżno by szukać na ziemi, gdzie żołnierze obydwu stron masakrowali się bez pardonu. Często zdarzało się, że po zestrzeleniu samolotu przeciwnika zwycięzca lądował obok, wyciągał wroga z roztrzaskanej maszyny i, jeśli ten jeszcze żył, wzywał pomoc. Pilotów wziętych do niewoli traktowano z pełną kurtuazją.
Pod koniec maja 1915 roku Richthofen został obserwatorem lotniczym i przez kilka letnich miesięcy latał na loty rozpoznawcze na froncie wschodnim. W sierpniu tego samego roku przeniesiono go do Belgii, gdzie zaczął służyć jako strzelec-bombardier. Miesiąc później odniósł pierwsze powietrzne zwycięstwo zestrzeliwując francuskiego Farmana. Samolot spadł jednak za linią wroga, co według ówczesnych surowych regulaminów uniemożliwiło zapisanie tego sukcesu na jego konto.
Nadal czuł jednak niedosyt. To ciągle nie było to… Niedługo potem poznał Oswalda Boelcke – niemieckiego asa myśliwskiego zwanego „ojcem taktyki walki powietrznej”. Spotkanie z nim wywarło na Manfredzie kolosalne wrażenie. Oto jego wzór! Jego bohater! On też chce być taki!
Za namową Oswalda Richthofen rozpoczął w październiku 1915 roku intensywny trening pilotażu, który ukończył pół roku później i otrzymał przydział do 2. Dywizjonu Bombowego. Pilotując dwumiejscowego Albatrosa CIII rozczarował dowódców – nie radził sobie z samolotem i raz cudem uniknął śmierci rozbijając maszynę podczas lądowania. Wkrótce jednak nadrobił braki warsztatowe i stał się jednym z najlepszych pilotów dywizjonu.    W kwietniu 1916 roku odniósł swoje drugie powietrzne zwycięstwo zestrzeliwując francuskiego Nieuporta. Niestety – podobnie jak kilka miesięcy wcześniej samolot spadł za linią frontu i zwycięstwo nie zostało oficjalnie uznane.
Nieco później ponownie spotkał Oswalda Boelcke, który rekrutował pilotów do nowopowstającego dywizjonu myśliwskiego. Richthofen natychmiast zgłosił swój akces i został przyjęty. Jako pilot nowego dywizjonu odniósł swoje pierwsze oficjalnie uznane zwycięstwo we wrześniu 1916 roku. Niecały miesiąc później miał już na koncie pięć zestrzelonych maszyn Ententy – według alianckich standardów został więc lotniczym asem. 28 października 1916 roku śmierć w wypadku lotniczym poniósł Boelcke. To wydarzenie, którego był naocznym świadkiem wywołało u Manfreda olbrzymi wstrząs – uważał Boelcke za swojego mistrza i mentora.
„Ja jestem tylko pilotem myśliwskim. On był bohaterem” – mówił później, kiedy był najsłynniejszym żyjącym lotnikiem.
Nie był typem postrzeleńca, ani ryzykanta. Przeciwnie – był pilotem ostrożnym, mającym na uwadze nie tylko bezpieczeństwo swoje, ale i kolegów z dywizjonu. Zawsze przestrzegał zasad, których nauczył go Boelcke:
Zawsze atakuj z góry mając słońce za sobą.
Nie przerywaj ataku, który zacząłeś.
Otwieraj ogień z bliskiej odległości, kiedy masz przeciwnika na wyciągnięcie ręki.
Obserwuj uważnie przeciwnika, uważaj na jego podstępy.
Zawsze atakuj przeciwnika od tyłu.
Kiedy przeciwnik nurkuje na ciebie, nie uciekaj. Obróć samolot przodem do niego.
Nie zapuszczaj się nad terytorium wroga. Jeśli to robisz – miej przygotowaną drogę ucieczki.
Richthofen trzymał się tych zasad i wkrótce lista jego zwycięstw zaczęła się wydłużać. 23 listopada 1916 roku lecąc Albatrosem DII starł się w powietrzu ze słynnym brytyjskim asem myśliwskim majorem Lanoe Hawkerem. Doszło do ostrej walki kołowej. Brytyjczyk leciał samolotem Airco DH2 – gorzej uzbrojonym i wolniejszym, niż Albatros. Na dodatek kończyło mu się paliwo. Po kilkunastu bezowocnych manewrach położył maszynę w ciasny skręt i wyrwał na zachód, w stronę własnych oddziałów. Richthofen natychmiast usiadł mu na ogonie i zestrzelił długą serią.
Nie chełpił się tym zwycięstwem. Bardzo poważał Hawkera i nazywał go „brytyjskim Boelcke”, co w jego ustach było nadzwyczajnym komplementem.
W styczniu 1917 roku pomalował swojego Albatrosa na jaskrawoczerwony, prowokujący kolor. Nadane mu przez przeciwników i towarzyszy broni przezwisko Czerwony Baron będzie mu towarzyszyć aż do śmierci i długo po niej – aż po wsze czasy.
Nie był to jedyny przydomek niemieckiego asa. Zwano go także Czerwonym Diabłem, Czerwonym Rycerzem i Małym Czerwonym.
Brytyjczycy szybko docenili zabójczą skuteczność Barona. Jego pogromca miał obiecany Krzyż Wiktorii i olbrzymią nagrodę pieniężną.
Lista zestrzelonych wrogów Richthofena ciągle rosła. W samym kwietniu 1917 roku zestrzelił 22 nieprzyjacielskie maszyny, w tym cztery jednego dnia. Czerwony Albatros stał się dla alianckich pilotów posłańcem śmierci.
W czerwcu 1917 roku kapitan Richthofen objął dowództwo 1 Dywizjonu Myśliwskiego złożonego z najlepszych pilotów pozbieranych z innych jednostek. Była to niezwykle silna jednostka dysponująca najlepszym sprzętem, doskonałymi pilotami, zdolna do przemieszczenia się w dowolne miejsce frontu w bardzo krótkim czasie. Wkrótce zyskała nieoficjalną nazwę Cyrku Richthofena.
Miesiąc później Manfred został poważnie ranny w walce. Pocisk wystrzelony z samolotu kapitana Donalda Cunnella drasnął go w głowę i spowodował chwilową ślepotę. Resztką świadomości Baron zdołał opanować samolot i wylądował awaryjnie. Przeszedł kilka skomplikowanych operacji podczas których chirurdzy usunęli odłamki kostne z rany i pod koniec lipca na własną prośbę wypisał się ze szpitala wbrew zaleceniom lekarzy.
Rana odcisnęła na nim stałe piętno. Po wyjściu ze szpitala ciągle uskarżał się na bóle głowy i nudności po wylądowaniu.
Udał się na urlop podczas którego spisał swoją autobiografię zatytułowaną „Czerwony lotnik”. Wojskowa cenzura wycięła jednak jej znaczne części.
W sierpniu 1917 roku otrzymał samolot, z którym będzie odtąd kojarzony – trójpłatowego Fokkera Dr.I, którego oczywiście natychmiast przemalował na jaskrawoczerwony kolor.
Był to prototypowy samolot zaprojektowany przez holenderskiego inżyniera Anthony’ego Fokkera budującego samoloty na potrzeby niemieckiej armii. Dodatkowy, środkowy płat sprawiał, że myśliwiec był niezwykle zwrotny, ale jednocześnie zwiększał opór powietrza sprawiając, że był wolniejszy od większości samolotów alianckich. Jego uzbrojenie stanowiły dwa karabiny maszynowe.
Tym samolotem zestrzelił 19 samolotów wroga. W kwietniu 1918 roku lista jego zwycięstw powietrznych liczyła dokładnie 80 pozycji.

 

Artystyczna wizja walki Czerwonego Barona z brytyjskim Sopwith Camelem

 

Jest niedziela 21 kwietnia 1918 roku, około godziny 9:00. Nad lotniskiem Cappy nad rzeką Sommą zalega lekka mgła, którą na szczęście w ciągu godziny rozwiewa wiatr. Dywizjon Richthofena otrzymuje sygnał o pojawieniu się samolotów nieprzyjacielskich. Dziesięciu mężczyzn biegnie do swoich maszyn i zapuszcza silniki. Trójpłatowe Fokkery są pomalowane w nieregularne szaro-zielone plamy. Tylko samolot dowódcy kłuje w oczy jaskrawą czerwienią. Nad Sommą Niemcy dostrzegają wroga – to dwa brytyjskie samoloty rozpoznawcze RE.8. Łatwa zdobycz. Australijscy piloci RE.8 szybko zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa i czmychają w chmury.
Nieco wcześniej z lotniska Bertangles podrywa się brytyjski 209. Dywizjon Myśliwski – łącznie 15 maszyn pod dowództwem Kanadyjczyka majora Arthura Browna. Mają za zadanie przeprowadzić rekonesans w dolinie rzeki Sommy. Jednym z pilotów jest kolega Browna ze szkoły Wilfrid May, kompletny żółtodziób. Dwupłatowe Sopwith Camele nabierają wysokości i kierują się nad Sommę.
W tym samym czasie z lotniska Lieramont startują niemieckie Albatrosy i łączą się z grupą Richthofena.
O godzinie 11:25 w okolicach Le Quesnel dowódca drugiej eskadry brytyjskiego dywizjonu kapitan LeBoutillier spostrzega dwa dwumiejscowe niemieckie bombowce. Trzy brytyjskie myśliwce rozpoczynają atak. Po krótkiej walce jeden z niemieckich samolotów spada na ziemię w płomieniach, a drugi ucieka w chmury. Brytyjczycy kontynuują patrol nad Sommą. Kierują się teraz w stronę Hamel.
O 11:45 dowódca dywizjonu poprzez dziurę w chmurach spostrzega niemiecką formację. Brytyjskie Camele natychmiast rzucają się na wrogie samoloty. Nad miejscowością Sailly-le-Sec dochodzi do gwałtownej walki powietrznej. Wiatr gwiżdże w olinowaniach samolotów, silniki Albatrosów, Fokkerów i Cameli wyją na najwyższych obrotach, terkoczą karabiny maszynowe, a piloci bluzgają najgorszymi przekleństwami jakie znają. Jeden z niemieckich Fokkerów spada w płomieniach na ziemię.
Powyżej walczących maszyn krąży Camel Wilfrida Maya – szkolnego przyjaciela dowódcy brytyjskiego dywizjonu. Major Brown zgodził się na jego lot pod warunkiem, że będzie go bezwzględnie słuchał. W razie walki kazal mu trzymać się z dala od przeciwnika i obserwować starcie.
Nagle Wilfrid spostrzega samotnego Fokkera, który podobnie jak on leci kilkaset metrów wyżej, niż walczące samoloty. Zapomina o rozkazie swojego dowódcy i rzuca się za nim w pogoń. Fokker zaczyna uciekać.
Za jego sterami również siedzi zupełny nowicjusz – kuzyn Czerwonego Barona Wolfram von Richthofen. On również otrzymał rozkaz trzymania się z dala od walki.
Teraz jeden żółtodziób ściga drugiego. Czerwony Baron widzi swojego kuzyna w opałach i rzuca mu się na pomoc. Zbliża się do samolotu Maya i otwiera ogień.
Kanadyjski żółtodziób panikuje. Puszcza stery i jego Camel wpada w korkociąg. Pilot nerwowo szarpie za drążek. Bez skutku. Sopwith Camel jest szybkim i zwrotnym samolotem, ale bardzo trudnym w pilotażu. Potrzeba wielu godzin spędzonych za jego sterami, by go dobrze opanować.
Wilfrid May nie ma takiego doświadczenia i teraz rozpaczliwie próbuje wyrwać maszynę z zabójczej spirali. Udaje mu się to tuż nad lustrem rzeki. Wyrównuje lot i ucieka na zachód.
Paradoksalnie, ta utrata nerwów prawdopodobnie uratowała mu życie…
Czerwony Baron zwietrzył krew. Wie, że ma przed sobą kompletnego nowicjusza. Dla takiego asa jak on to małe piwo przed śniadaniem. Rzuca się w pogoń za Mayem.
Major Brown widzi jak czerwony Fokker ściga maszynę jego przyjaciela. Natychmiast rusza z odsieczą. Zwiększa obroty silnika do maksimum, nurkuje i gna za Czerwonym Baronem wzdłuż rzeki.
Wieje silny wiatr ze wschodu. Czerwony Baron w pogoni za zdobyczą zapomina o zasadach wpojonych przez swojego mentora i wlatuje nad nieprzyjacielskie terytorium. Jest sam, ścigany przez jednego z najlepszych alianckich pilotów. Strzela do niego Brown, strzelają karabiny maszynowe z ziemi. Jego czerwony Fokker to teraz kaczka na strzelnicy. Przerywa pościg, opuszcza koryto rzeki i wlatuje nad płaskowyż. Przelatuje nad okopami zajętymi przez australijską 4. Dywizję.
Sierżant Cedric Popkin z 24 Kompanii Karabinów Maszynowych właśnie zapala papierosa, kiedy nagle słyszy ryk silników. Rzuca papierosa na ziemię i dopada karabinu Vickersa. Przeładowuje go i pruje długą serią w stronę nadlatującego czerwonego Fokkera. Pudłuje. Maszyny przelatują kilkanaście metrów nad jego głową. Nie rezygnuje z ataku. Obraca karabin, mierzy przez sekundę i posyła Niemcowi kolejną serię. Tuż nad głową słyszy głośny terkot. To Camel pilotowany przez majora Browna strzela do Czerwonego Barona.
Jaskrawoczerwony trójpłatowiec niezdarnie siada na trawiastej łące. Podskakuje na nierównościach i zatrzymuje się. Kilka minut później do samolotu podbiegają australijscy żołnierze. Pilot już nie żyje.
Do dzisiaj nie udało się ustalić ze stuprocentową pewnością od czyjej kuli poległ słynny Czerwony Baron. Brytyjczycy ogłosili, że to major Brown został jego pogromcą, Australijczycy zaś uznali, że poległ od kuli wystrzelonej przez sierżanta Popkina.
Richthofen poległ od jednej kuli wystrzelonej z karabinu maszynowego Vickers .303. W takie karabiny wyposażony był myśliwski Spowith Camel pilotowany przez majora Browna. Z identycznej broni pruł jednak do Barona także sierżant Popkin! Kto więc wystrzelił zabójczy pocisk?
Badania wykazały, że kula, która zabiła Czerwonego Barona nadleciała z dołu, od tyłu. Trafiła Richthofena w prawy bok, przeszyła wątrobę, uszkodziła serce i płuca, po czym wyszła z ciała przez klatkę piersiową, zatrzymała na kurtce i spadła na podłogę. W świetle tych ustaleń najbardziej prawdopodobnym zabójcą słynnego pilota był australijski sierżant.
Australijczycy pochowali Richthofena pod Amiens z pełnymi honorami wojskowymi. Podczas pogrzebu nad Amiens pojawiły się nieatakowane samoloty niemieckie, które zrzuciły żałobne wieńce.
Słynny czerwony trójpłatowiec został rozszabrowany przez alianckich żołnierzy – każdy chciał mieć na pamiątkę cząstkę maszyny Czerwonego Barona. Silnik Fokkera trafił do Imperial War Museum w Londynie, gdzie znajduje się do dzisiaj.
Po wojnie Francuzi przenieśli ciało Richthofena na cmentarz we Fricourt. Po kilku latach rząd Niemiec zażądał zwrotu jego szczątków, które zostały pochowane na cmentarzu Invalidenfriedhof. Naziści zamienili grób Czerwonego Barona w świątynię odprawiając nad nim swoje narodowosocjalistyczne rytuały. Po II Wojnie Światowej znalazł się on w granicach Berlina Wschodniego, w pobliżu Muru Berlińskiego.
Na nagrobku widać było ślady kul, którymi wschodnioberlińscy strażnicy starali się powstrzymać ludzi próbujących uciec na Zachód.
W 1975 roku Czerwony Baron został przeniesiony na cmentarz w Wiesbaden, gdzie spoczął obok brata i siostry.
Akt zgonu Manfreda von Richthofena odnaleziono w grudniu 2009 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego w Ostrowie Wielkopolskim. To miasto było bowiem ostatnim miejscem zameldowania Czerwonego Barona.

 

 

tekst/foto. blogbiszopa.pl