Prawdziwy pilot nigdy nie wyraża swojej opinii na temat katastrofy przed podaniem przyczyn przez komisję. W sprawie katastrofy Su-27 takowych przyczyn prawdopodobnie już nie usłyszymy, nie poznamy co naprawdę działo się 30 sierpnia tuż po godzinie 13.00 w kabinie Su-27 białoruskich Sił Powietrznych o numerze bocznym 63...
"Białoruskie Ministerstwo Obrony utajniło przyczyny katastrofy samolotu Su-27, który rozbił się w Polsce 30 sierpnia br. w czasie pokazów lotniczych Air Show. Zginęło w niej dwóch białoruskich pilotów. Śledztwo od czasu katastrofy prowadziła wspólna polsko-białoruska komisja. Informację można przeczytać na portalu Karta-97. Materiały z wynikami badań komisji, a dotyczące przyczyn katastrofy trafiły do resortu obrony w Mińsku i zostały utajnione.

Jak się okazuje raport o przyczynach katastrofy nie jest dostępny nigdzie, nie ma w jednostce macierzystej, w której zarejestrowany był samolot. Nie ma też w firmie ubezpieczającej maszynę. Wobec tego ubezpieczyciel nie może wypłacić odszkodowania. Ubezpieczyciel chce się zwrócić się do białoruskiego ministra obrony, by raport z katastrofy Su-27 został odtajniony. " Aktualności lotnicze - samoloty.pl

Jeden z naszych znajomych pilotów, emerytowany już wojskowy kilka dni po katastrofie w rozmowie powiedział m.in. „opinie i wszelkiego rodzaju realcje pseudoexpertow, pseudo-pilotów, pseudo-świadków są naciągane. Tak naprawdę wszyscy ci pseudoexperci nie mają zielonego pojęcia o Su-27, bo nigdy nie siedzieli w jego kabinie i nie pilotowali jej.” Ale nie wystarczy latać na „suce” - żeby wiedziec mniej wiecej co się dzieje.

Nasz pilot uważa, że Białorusinów musiało coś bardzo mocno i niespodziewanie zaskoczyć. - Stało się coś - co nie pozwoliło im zapanować nad samolotem. Musieli być czymś zajęci w kabinie - skoro nie próbowali się wystrzelić - mówił.

Tu zaczyna wspominać jak kiedyś w swojej karierze pilota był w podobnej sytuacji. Ledwie z tego wyszedł.
- Co się wtedy czuje? - pytam niecierpliwie.
- To był środek nocy. Widziałem pojedyncze igły w sosonowym lesie. Pytasz co się czuje? - A ja odpowiadam, nic sie nie czuje. Nie ma na to czasu... - mówi.

I kontynuuje:
- Wtedy myślałem żeby się wystrzelić, wykatapultować. Ale byłem za nisko – po chwili zadumy nasz lotnik dopowiada - Udało mi się wtedy jak przysłowiowemu staremu psu na obcej wsi.

A samolot? To był po prostu czysty zbieg okoliczności...

- Mogę Ci powiedzieć, że nie była to moja nonszalancja - czy lekceważenie sytuacji. Samolot nie spadł, ja się nie wystrzeliłem, bo udało mi sie na „rzęsach” wyjść znad tego lasu - i wylądować.

Samolot był uszkodzony. Jak się okazało była to niezależna od pilota awaria techniczna. Gdyby lot miał trwać jeszcze 10 minut, byłoby po naszym bohaterze. Nie miałby w ogóle sterowania. Dowiedział się o tym dopiero na ziemi.

Wracał na 1000 metrach z trasy w nocy, po okolicy „chodziły” burze, wszystkich pilotów ściągano na siłę na ziemię, bo któraś z nich szła w kierunku lotniska. Gdy nasz znajomy dolatywał do lotniska liczył, że wejdzie w krąg do lądowania i siądzie. Kierownik lotów zapytał - czy da radę od razu usiąść z prostej. Odpowiedział, że tak.

- Aby wytracić prędkość - wypuściłem hamulce, podwozie i klapy do lądowania. Te czynności tak obciążyły układ hydrauliczny, że zapaliła się lampka o spadku ciśnienia w istalacji hudraulicznej i wspomagania sterowania. Odwrócilem wzrok tylko na chwilę, aby zobaczyć jakie są ciśnienia na wskaźnikach. ...Ile czasu może zająć zerknięcie w bok na tablice... Gdy przeniosłem wzrok do przodu - lotniska już nie było. Wtedy zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji - byłem bardzo nisko, na małej prędkości, z powypuszczanym wszystkim czym sie dało. Taki samolot nie lata - taki samolot wisi jak ..... Na szczęście zachowałem spokój i nie starałem się szarpnąć samolotu do góry. Gdybym to zrobił dosłownie 100 metrów dalej byłby lej po samolocie ... i po mnie...
"Wyczołgałem" sie znad tego lasu. Nie chowając już niczego - zaszedłem ponownie do lądowania ... i wylądowałem. Potem na ziemi dowiedziałem sie, że awarię miał tzw. Hydroakumulator, czyli urządzenie które utrzymuje odpowiednie ciśnienie w instalacji hydraulicznej aby móc sterować samolotem - mówił.

Wracając do naszych pilotów Su-27 kontynuuje: - Wszystko to stało się w przeciągu dosłownie kilku - kilkunastu sekund. Jak teraz słysze w TV - co oni zrobili? czego nie zrobili? co mogli zrobić? To mnie "krew zalewa".

Załoga Su-27 zrobiła tylko to, na co pozwolił ich sprzęt w danym momencie i czas, który dostali. Gdyby mieli czas - to na pewno by się wystrzelili nie patrząc na to gdzie spadnie maszyna. Pilot jest uczony - do ratowania zycia - w każdej sytuacji i za wszelką cenę.

A jak to było z białoruskim Su-27? ... Tego już pewnie się nie dowiemy. Piloci zabrali tę tajemnicę ze sobą do grobu. Dla nas pozostaną jednak bohaterami...

Joanna Walczak