Lotnicy morscy w afgańskich górach
Od kilku tygodni w Afganistanie na śmigłowcach Mi – 17 i Mi -24W latają morscy piloci. W składzie Samodzielnej Grupy Powietrznej VI zmiany PSZ znalazło się sześciu pilotów i dwóch techników pokładowych z 29 darłowskiej eskadry lotnictwa morskiego.

Chociaż w swojej macierzystej jednostce wykonywali dotychczas zadania typowe dla lotnictwa ratowniczego Marynarki Wojennej, to pół roku temu postanowili zmienić to przesiadając się ze śmigłowców ratowniczych W-3RM „Anakonda” i Mi-14PS na te, które dziś wykorzystywane są w Wojskach Lądowych, czyli Mi-17 i Mi-24D.


fot. Radoslaw Pioch / BLMW

Dlaczego Afganistan i dlaczego misja na innych statkach powietrznych niż, te jakimi latają na co dzień nad Bałtykiem? Wśród wielu odpowiedzi najczęściej pojawia się chęć zdobycia nowego doświadczenia i chęć latania. Czyli właściwie to, co potrafią robić najlepiej, a czego czasami w kraju nie mogą realizować z taką intensywnością jakby chcieli. „Podnoszenie kwalifikacji. Umiejętności. To w dzisiejszych czasach jest dość ważne. Człowiek czasem zazdrości patrząc jak latają na tych maszynach ludzie od nas młodsi. Patrząc na nich od razu w oczy rzuca się ta ich lotnicza dojrzałość. (…) Oni bardzo często mają już za sobą jakieś misje i to naprawdę w powietrzu widać. My też chcieliśmy tego spróbować.” Tak w głównej mierze uzasadniają swój udział w misji piloci. Ktoś inny z kolei mówi też, że udział w takiej misji to chęć spróbowania się z samym sobą. Dyżury i akcje ratownicze to jedno, a latanie na misji, gdzie prowadzi się działania bojowe to drugie. Tutaj próg emocji zdecydowanie wzrasta. Wyliczając powody wyjazdu wspominają też uczciwie o pieniądzach, które nie ma co ukrywać dla wszystkich, którzy tutaj przyjechali nie są bez znaczenia.

Pomysł żeby wyjechać na misję – jak zgodnie twierdzą – pojawiał się od czasu do czasu w różnych rozmowach. Im dalej było do konkretów, tym więcej było zwolenników tego projektu, więcej chętnych do pomocy i więcej chętnych do wyjazdu. Jak kilku z nich zadeklarowało swój wyjazd na VI zmianę do Afganistanu i czas do wylotu skracał się, zaczęły się przejściowe kłopoty. To była jedna z nielicznych, ale za to mało komfortowych sytuacji. Oni musieli rozpocząć intensywne przeszkolenie a przełożeni musieli znaleźć za nich zastępstwo, bo w związku z ich nieobecnością zadań z jednostki nikt nie zdjął. Oni chcieli jak najszybciej zacząć przygotowania do misji, ale z drugiej strony ich nowe zadania nie mogły zakłócić funkcjonowania macierzystej jednostki. Sami przyznają, że w takich momentach trudno było o entuzjazm. Im jednak udało się to wszystko pogodzić, czego najlepszym dowodem jest ich dzisiejsza obecność w Afganistanie. Początkowo lista chętnych zawierała więcej nazwisk. Do Ghazni dotarło tylko sześciu pilotów: por. mar. pil Marcin Głogowski, chor. mar. pil. Dominik Warda, kpt. mar. pil. Tomasz Gierczynski, kpt. mar. pil. Dariusz Sionkowski, por. mar. pil. Dariusz Szpyt i ppor. Mar. Jerzy Tatuśko oraz dwóch techników pokładowych na Mi – 24: chor. mar. Marcin Galiński i chor. mar. Sebastian Majcherczyk. Jak sami podkreślają, wszyscy są ochotnikami. Słuchając o przygotowaniach do misji… trzeba przyznać, że wytrwałymi ochotnikami.

Choć do bazy Ghazni przylecieli kilka tygodni temu, to bez wątpienia -jak zgodnie podkreślają, - swoją przygodę z Afganistanem zarówno piloci, jak i mechanicy pokładowi rozpoczęli kilka miesięcy temu. „Dla nas tak naprawdę, ta misja zaczęła się w lutym, kiedy rozpoczęliśmy szkolenia. (…) Do września byliśmy na poligonach - jedni z nas szkolili się w Inowrocławiu, inni pod okiem instruktorów z Leźnicy Wielkiej. (…) I na jednym i na drugim poligonie dostaliśmy porządną lekcję pilotażu” – mówi chor. mar. pil. Dominik Warda, pilot śmigłowca Mi – 24. Każdy z pilotów szkolił się na nowym dla niego typie śmigłowca. Tym bardziej, jak podkreśla dowódca Samodzielnej Grupy Powietrznej ppłk pil. Piotr Hering większy szacunek dla nich. „Oprócz tego, że przed misją musieliśmy się zgrać, to ci piloci musieli przede wszystkim przeszkolić się w najkrótszym chyba możliwym czasie na inny typ śmigłowca. (…) Takie przeszkolenie to około 50 – 60 godzin spędzonych w powietrzu. To, jak powie każdy z pilotów dość dużo latania i to latania, które nie należy do najłatwiejszych. (…) Oprócz tego musieliśmy też szkolić się we współdziałaniu z komponentami lądowymi. (…) To, po pierwsze ich pierwsza misja, pierwsza także w historii jednostki. I od razu zaczęli od tej najbardziej bojowej misji. Naprawdę, tym większy mój szacunek dla nich. Dziś patrząc na ich pracę i pracę pilotów mojej jednostki wiem, że ten czas na przygotowania wszyscy dobrze wykorzystaliśmy” – tak o swoich nowych podwładnych mówi dowódca SGP ppłk. pil. Piotr Herling.

{youtube}i5bl9WJbVwo{/youtube}
Polish Mi-24 - Autor by mpiffer

Na misji wszystko było i jest inne. Inny sprzęt i inna specyfika latania nad morzem inna w górach. Ale ten sam stopień trudności. Na początku wszystko było też obce – tak pierwsze tygodnie szkolenia wspominają marynarze. Ale zaraz dodają, że w miarę upływu czasu to wszystko się zmieniło „in plus”. I w kraju i tu istotą naszych lotów – jak podkreślają – jest ochrona życia. Jednak znacząco inne są okoliczności tego ratowania i sposób ochrony. Latając na akcje ratownicze w kraju nikt nie myśli np. o zabieraniu broni na pokład. Tutaj nikt nie wyobraża sobie sytuacji, w której tej broni mogłoby nie być.
Mówiąc o nowych umiejętnościach od razu pojawia się magiczne słowo ”noktowizja”.. „Ćwiczenia na poligonie dały nam np. możliwość latania w noktowizji. (…) To czego nam na pewno brakuje w kraju, a co daje dużo większe możliwości podczas wykonywania zadań. Tutaj w Afganistanie jest to niezbędne. Nasi koledzy z jednostek Wojsk Lądowych mają taki sprzęt na co dzień, podczas zadań, ćwiczeń. (…) My nad morzem mamy możliwość latania tylko według przyrządów Noktowizja dostępna dla nas jest tylko tutaj. Niestety tylko tutaj”.- podkreśla chor. mar. pil. Dominik Warda. „Latanie tutaj w górach na pewno poszerza horyzonty jeżeli chodzi o wiedzę lotniczą to co innego opowieści kolegów, co innego doświadczenie tego na własnej skórze. Czy to pilot, czy technik. Jesteśmy zaledwie po miesiącu służby, a już widzimy że będziemy tę misję rozpatrywać tylko w kategoriach zawodowego zysku” - mówi kpt. mar. pil. Dariusz Sionkowski.

Piloci często podkreślają, że szkolenie które zakończyło się dla wszystkich pozytywnie i ich dzisiejszy pobyt tutaj to także zasługa kolegów - pilotów z Inowrocławia i z Leźnicy Wielkiej. „To wszystko jest możliwe dzięki temu, że od samego początku dobra była atmosfera. Szczególnie ważne jest to, kiedy wykonuje się jakieś zadania w powietrzu. (…) Mimo tego, że dzieli nas czasami różnica wieku, doświadczenie i rodzaj wojsk w jakich na co dzień służymy, to nigdy nie zdarzyło się, żeby coś nie zagrało. Tutaj nie może być pomyłek ani tym bardziej braku zaufania, jakichś niedomówień. Może dlatego jest tak dobrze, że większość z nas jest z jednej promocji. (…) Czasami śmiejemy się że tutaj jest jak w rodzinie”. – tak o współpracy ze swoimi kolegami z wojsk lądowych mówi chor. mar. pil. Dominik Warda. Ale o tym przychylnym nastawieniu reszty pilotów mówią wszyscy marynarze. Szczególnie słowa uznania kierują do tych, którzy pomagali im w kraju podczas szkolenia. Jak mówią, „tam zagrało wszystko – i logistyka i planowanie lotów. Po prostu pełna profeska. (…) Tutaj na misji nie jest zresztą inaczej. Nie ma podziału na MY piloci wojsk lądowych – WY marynarze.”

Pytani o warunki socjalne na misji, zgodnie przyznają że jest dobrze. Nie ma co ukrywać, że baza Ghazni to jedno z tych lepszych miejsc, w których stacjonują polscy żołnierze. Dlatego narzekania ani na wyżywienie, ani na zakwaterowanie nikt od marynarzy nie usłyszy.

O rozstaniu z rodzinami wiele nie mówią, bo bez względu na to czy jest to pierwsza czy kolejna misja to nikomu nie jest lekko zostawić wszystko i wszystkich na tak długi czas. Jedni, tak jak chor. mar. Marcin Galiński, który w Afganistanie jest mechanikiem pokładowym rodzinę przyzwyczajał do swojego wyjazdu już od kilku lat, kiedy próbował wyjechać do Iraku. Pozostali decyzję o udziale w afgańskiej misji przemycali w rozmowach z najbliższymi już kilka miesięcy przed wyjazdem na pierwszy poligon. „Być może pojadę Prawdopodobnie pojadę. Wiesz co, raczej pojadę. Jadę.” – to jak mówi żartobliwie por. mar. pil. Dariusz Szpyt sprawdzona i skuteczna metoda do przyzwyczajenia najbliższych do myśli o wyjeździe. I choć dziś wszyscy żartują z tego, to wiedzą, że tak jak oni martwią się o swoich najbliższych w kraju, tak samo najbliżsi martwią się o nich. I jednym i drugim, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji potrzeba po prostu czasu.

Dowódca SGP pytany o to czy nie miał obaw przed dowodzeniem marynarzami i czy przyjechałby na misję raz jeszcze w takim składzie jaki ma dziś, odpowiada krótko, TAK. „Na samym początku miałem pewne obawy, bo oni nie latali w pułku bojowym. Ale Ci co tu dzisiaj ze mną są, naprawdę udowodnili i każdego dnia udowadniają, że nadają się do tego co robią. (…) Ja uważam, że oni są profesjonalistami mimo tego, że mają niespełna 100 godzin wylatanych np. na Mi – 24W. Średnio pilotowi, dowódcy załogi, z wojsk lądowych, który lata tu w Afganistanie godziny na Mi – 24W liczą się w setkach. (…)Tym większy szacunek mój i moich żołnierzy dla tych pilotów z Marynarki Wojennej, z którymi od przeszło miesiąca wspólnie działamy na terenie Afganistanu. –zaznacza ppłk Piotr Hering, dowódca SGP.

***
W składzie VI zmiany Polskich Sił Zadaniowych jest kilkunastu oficerów i podoficerów Marynarki Wojennej. Piloci z darłowskiej eskadry stanowią najliczniejszą grupę. Pojedynczy oficerowie Marynarki Wojennej służą także na stanowiskach sztabowych oraz w polskim ambulatorium. Ich misja oficjalnie rozpoczęła się 26 października, kiedy podczas uroczystości w bazie Ghazni przekazano bezpieczeństwo nad prowincją Ghazni nowemu dowództwu. Do domów i macierzystych jednostek żołnierze VI zmiany powrócą na przełomie kwietnia i maja przyszłego roku.

Bogumiła Piekut / Dowództwo Operacyjne Sił Zbrojnych