B-24-LiberatorGibraltar to naprawdę wyjątkowe miejsce, więc nie dziw że dziś tam wracamy. Jednak tym razem w trochę innej sprawie. W lipcu 1943 roku do tego uroczego zakątka dotarła grupa najlepszych polskich pilotów. I … ? Zanim wyjaśnię o co chodzi, zaznaczam już na wstępie: poniższy wpis nie będzie miał na celu określenie, czy na Sikorskiego dokonano zamachu, czy to był niefortunny zbieg okoliczności.

 

 

 

 

Zwijamy ten Cyrk!

Grupa polskich pilotów – można by rzec elitarnie dobrana paczka – od lutego do maja wykorzystując angielskie Supermarine Spitfire Mk.V, a później mocniejsze Mk.IX mocno, oj bardzo mocno przerzedziła niemieckie i włoskie oddziały lotnicze. W końcowych etapach tych walk Niemcy i Włosi unikali walki z Polish Fighting Team, więdząc czym to się skończy – niewątpliwie w najlpszym przykładzie skokiem ze spadochronem. Nie od parady więc polskich lotników ochrzczono mianem „Cyrk Skalskiego”.

Widać plany po fiasku w Afryce Północnej się generalicji niemieckiej zmieniły (w sumie angielskiej też), toteż przy braku jakiejkolwiek walki i zajęć produktywnych nie można było trzymać w trudnych pustynnych warunkach polskich pilotów. Zadanie przypisane – pakować namioty, i przez Maltę i Gibraltar wracamy do Anglii, nieść pomoc naszym lotnikom którzy wciąż walczyli przeciwko aktywnemu wrogowi.

Spotkanie w Gibraltarze

Pobyt lotników w Gibraltarze miał być krótki. Lądowanie, nocleg, i następnego dnia lot do Anglii. Kiedy następnego dnia po przybyciu Polacy przechadzali się po lotnisku, ich wzrok zatrzymał się na oficerze w polskim mundurze. I dalej, jak to opisuje Bohdan Arct:

    Zanim jednak uzyskaliśmy miejsca w Lancasterze, spotkała nas w Gibraltarze przygoda (…). Zauważyliśmy, że pomiędzy licznymi samolotami stał duży i przysadzisty „Liberator”. Obok maszyny przechadzał się jakiś oficer w polskim mundurze.
    – Cóż za licho – zdziwił się Kazek (Kazimierz Sporny, przyp. Aviatore.pl) – To już i piechota się do latania zabiera?
    Podeszliśmy bliżej i nawiązaliśmy rozmowę z oficerem. Okazało się, że był to adiutant generała Sikorskiego. (…) Popatrzyliśmy na siebie i poczęliśmy namawiać adiutanta, by uzyskał pozwolenie generała na zabranie nas ze sobą. „Liberator” był przecież niemal pusty. Adiutant obiecał sprawę załatwić.

Niestety, chwilę później angielski oficer poinformował Polaków o zarezerwowanych miejscach na Lancasterze do Anglii. Choć na początku mogła być to dla polskich pilotów smutna wiadomość, okazała się jednak zbawienną. 3 lipca 1943 ten czterosilnikowy bombowiec wzbił się w powietrze i mając na pokładzie aktorów z Cyrku Skalskiego obrał kurs na Anglię. Dzień później, 4 lipca, Liberator z generałem Sikorskim i 15 innymi osobami runął do morza Śródziemnego, grzebiąc ich ciała głęboko pod wodą.

 

Avro Lancaster Mk 1 ExCC

 

… ?

Gdyby trochę inaczej sprawy się potoczyły, 4 lipca stałby się „czarnym czwartkiem” polskiego lotnictwa. Strata tak wielu polskich pilotów szybko doleciałaby do Anglii, do ich wciąż walczących i latających przyjaciół. Nie chcę myśleć, jak mogłoby to wpłynąć na ich morale – grupa elitarnych lotników ginie w tajemniczym wypadku gdzieś koło Gibraltaru. Kto więc dostał swoją szansę 3-ego lipca, wsiadając do Avro Lancastera?

 

Stanislaw-Skalski

 

Po powrocie (jeżeli można to tak nazwać) do Anglii powyżsi lotnicy kontynuowali swe prace ku polskiej wolności, walcząc z Niemcami do samego końca (Drecki zginął we wrześniu 1943, Horbaczewski, Machowiak i Popek w 1944).

 

Źródło: aviatore.pl