Łoś www zwoje-scrolls comPoczątek lat 30. XX wieku nastrajał optymistycznie z racji odnoszonych wówczas wielkich sukcesów w sportach powietrznych. Wdrożono wtedy przecież także do służby awangardowe jak na owe czasy myśliwce PZL. Polskę uważano za kraj o silnym lotnictwie. Eksperci ówcześni prognozowali, że w przypadku wojny z Niemcami, polskie bombowce beda w stanie zaatakować Berlin. Przyszedł jednak rok 1939, siła ofensywna lotnictwa Wojska Polskiego okazała się jednak znikoma. Sformowana w warunkach wielkiej improwizacji Brygada Bombowa nie odegrała w kampanii obronnej żadnej roli, ponosząc za to wielkie straty... (fot. Łoś - źródło: www.zwoje-scrolls.com)

 

 

Do obrony nieba nad Polską i Warszawą w pamiętnym wrześniu 1939 r. została wyznaczona Brygada Pościgowa i Brygada Bombowa. Dowódcą pierwszej był pułkownik Stefan Pawlikowski. Spodziewano się ataku z trzech kierunków. Luftwaffe miała atakować od północy, północnego zachodu i południa. 24 sierpnia ogłoszono w Brygadzie stan alarmu. Od 27 sierpnia 1939 r. samoloty i ludzie znaleźli się na wcześniej wyznaczonych lotniskach polowych.

Były one położone między innymi w Zielonce, Błoniu i Piasecznie. Według założeń polskiego dowództwa lotnicy powinni działać na tyle samodzielnie aby nie przeszkadzać artylerzystom. W czasie obrony nieba nad stolicą zastosowano nowy system naprowadzania samolotów obrony przeciwko atakującym. System okazał się skuteczną metodą walki z wrogiem. Niestety nie mógł być w pełni wykorzystany. Na przeszkodzie stały trudności finansowe. Te przekładały się na wyposażenie naszego wojska. Z systemu skorzystano z bardzo dobrym skutkiem w czasie powietrznej Bitwy o Wielką Brytanię.

1 września 1939 r. w godzinach rannych Brygada Pościgowa została poderwana w powietrze. Nad Warszawę kierowała się nieprzyjacielska wyprawa bombowa. Bombowce osłaniane przez myśliwce w zwartym szyku podążały w stronę stolicy. Po ataku naszych myśliwców ugrupowanie zostało rozbite. Załogi bombowe swój ładunek zrzuciły na pola nie czyniąc większych szkód. Przeciwnik mimo przewagi i dysponujący lepszymi maszynami musiał ustąpić pola. Nie był to jedyny atak tego i w następne dni. Póki stolica miała nad sobą parasol ochronny z samolotów Brygady żadna wyprawa w zwartym szyku nie zagroziła miastu.

 

brygada bombowa


Sytuacja się zmieniła nocą z 6 na 7 września. Wtedy została wycofana na wschód. Odchodziła ze stratami. Straciła blisko 40 swoich maszyn. Nie mogła ich uzupełnić. Nie było rezerw. Sięgnięcie do samolotów z poszczególnych armii nie rozwiązałoby problemu. Słabą pociechą było to, że wróg stał się uboższy o podobną liczbę. Miał rezerwy, z których korzystał. Szybki marsz wojsk Hitlera przez Polskę, cios zadany ze wschodu armią Stalina poważnie osłabiły i tak już bardzo mocno nadwyrężoną Brygadę. Z każdym dniem było tylko gorzej. Brakowało sprawnych samolotów i części zamiennych do nich. Nie docierała amunicja i paliwo. Po wycofaniu nie pozostawało nic innego jak złożenie broni.

Dowodzenie Brygadą Bombową zostało powierzone pułkownikowi Władysławowi Hellerowi. Podobnie jak Brygada Pościgowa pozostawała w dyspozycji Naczelnego Wodza. Tak samo obowiązywała ją procedura postawienia w stan alarmu. Tylko że ten czas był dla niej krótszy. Co gorsze powołana na krótko przed wybuchem wojny nie osiągnęła pełnej gotowości bojowej. Zabrakło czasu aby dopracować łączność, zaopatrzenie i wyznaczy ć polowe lotniska. Jak podają pewni znawcy tematu lotniska były znacznie oddalone od siebie. Bolesną prawdą jest to, że 1 września nasze załogi bombowce nie weszły do działań bojowych. Czekały na rozkaz. Ten nie przychodził. Dopiero dzień później zaatakowały niemieckie kolumny pancerne w okolicach Częstochowy. Stracony bezpowrotnie czas usiłowano nadrobić 4 września bombardując wroga pod Radomiem i Wieluniem. Bomby okazały celne. Okupiliśmy ten atak dużymi naszymi stratami. Dlaczego tak się stało.

Wróg dysponował obroną przeciwlotniczą. Polskie bombowce były zaś pozbawione osłony myśliwskiej. 6 września w czasie odwrotu i budowania obrony na Wiśle, Brygada Bombowa została przesunięta  na wchód. Bombardowała i prowadziła rozpoznanie. Niestety napór sił wroga zmusił ją do zmiany miejsca bazowania. Przeszła do działań na południu Polski. Działanie polegało na skierowanych atakach przeciwko oddziałom pancernym i zmotoryzowanym. Te nie mogły już za bardzo zaszkodzić wrogowi. Wojsko Polskie było w odwrocie. Podobnie jak u kolegów myśliwców występowało braki w sprzęcie. Nie było części zamiennych. Szybko kończyły się bomby. Ubywało w szybkim tempie paliwa. Między 17 i 18 września drogą powietrzną przekraczają granicę Polski z Rumunią bombowe „Łosie”. To one z „Karasiami” jeszcze nie tak dawno zadawały przeciwnikowi straty. Prowadziły powietrzne rozpoznanie. Na pobojowiskach zostały spalone wraki. Te które nie spłonęły w walce, ze łzami w oczach spalili lotnicy. Nie chcieli aby wpadły w ręce nieprzyjaciela...

Części z nich nie udało się zniszczyć. Trafiły między innymi do rumuńskiego lotnictwa. Zostali ludzie. Co się z nimi stało? Nie wszyscy pogodzili się z przegraną. Część personelu latającego i naziemnego za bronią udała się przez Grecję, Jugosławię, Węgry i Rumunię do Francji. Tych, którzy znaleźli się w Rumunii, spotkało rozczarowanie. Zostali internowani w obozach. Okazali się nieposłusznymi aresztantami. Jak tylko mogli uciekali z obozów. Część ludzi znalazła się pod okupacją niemiecką i radziecką. Kto nie trafił w ręce Gestapo i NKWD zasilił szeregi armii podziemnego państwa...

Konrad RYDOŁOWSKI