Jednym z symboli  wojny w Wietnamie  stał się śmigłowiec Bell UH-1 Iroquois znany powszechnie jako Huey. Był koniem roboczym armii amerykańskiej. W zależności od wersji służył jako śmigłowiec transportowy, ratunkowy lub szturmowy. Był maszyną absolutnie uniwersalną.

 

 

 

 

 

 

 

Wojna w Wietnamie jest często nazywana „wojną helikopterów”. I słusznie – w żadnym innym konflikcie zbrojnym śmigłowce nie odegrały tak ważnej roli. Podczas całej wojny helikoptery amerykańskich sił zbrojnych w Indochinach wykonały ponad 36 milionów lotów. Służyły jako środek transportu, uczestniczyły w niezliczonych misjach ratunkowych podejmując zestrzelonych pilotów, ewakuowały rannych z pola walki i wspierały ogniem nacierającą piechotę.
Jednym z symboli tej wojny stał się śmigłowiec Bell UH-1 Iroquois znany powszechnie jako Huey. Był koniem roboczym armii amerykańskiej w Wietnamie. W zależności od wersji służył jako śmigłowiec transportowy, ratunkowy lub szturmowy. Był maszyną absolutnie uniwersalną.

 

Śmigłowce Bell UH-1 Iroquois zwane powszechnie „Huey” w Wietnamie.

 

 

 

Bycie pilotem takiej maszyny miało swoje dobre i złe strony. Po stronie plusów należy zapisać to, że nie uczestniczyłeś w koszmarze walki w dżungli. Nie musiałeś drałować po podzwrotnikowym lesie obwieszony sprzętem i bronią, walczyć z niewidzialnym przeciwnikiem i zawierać bliższą znajomość z wężami, tarantulami, pluskwami i resztą dżunglowej menażerii. Byłeś (dosłownie) ponad tym całym zielonym piekłem. Z drugiej jednak strony – miałeś dwukrotnie mniejszą szansę przeżycia, niż piechur. Żołnierze Armii Północnego Wietnamu i partyzanci Vietcongu szczególnie zawzięcie polowali na amerykańskie helikoptery. Czasem celowo nie wybijali grupy amerykańskich żołnierzy przechodzących w pobliżu ich zamaskowanych pozycji poprzestając na zranieniu jednego lub dwóch. Wiedzieli, że w takim wypadku Amerykanie wezwą medevac – śmigłowiec ratunkowy. Ten zaś, wiszący nieruchomo nad dżunglą był łatwą zdobyczą nawet dla partyzanta uzbrojonego jedynie w kałasznikowa. Jeden celny strzał w układ hydrauliczny pod wirnikiem i Huey spadał na ziemię jak kamień.

 

Przez cały okres wojny armia amerykańska prowadziła rekrutację i szkolenie nowych pilotów. Mimo niebezpieczeństwa związanego z tą służbą chętnych nie brakowało.
Jednymi z nich byli Larry Liss i Tom Baca. Obaj ukończyli szkołę pilotażu w Fort Wolters w Teksasie i w 1966 roku trafili do Wietnamu w ramach 2. Korpusu Armijnego. W roku następnym dokonali niezwykłej misji ratunkowej, której powodzenie można wytłumaczyć tylko jednym słowem: cud.
W maju 1967 roku Larry i Tom byli już zahartowanymi w boju pilotami, mającymi za sobą wiele misji nad terytorium wroga i wielu żołnierzy dostarczonych na pole walki lub z niego ewakuowanych.

 

Wczesnym rankiem 14 maja Tom i Larry otrzymali polecenie przewiezienia kapelana do bazy Sił Specjalnych w Cau Song Be, gdzie dobrodziej miał odprawić mszę. Zadanie było równie trudne i niebezpieczne co wyskok do sklepu po piwo… Szczególnie zadowolony z niego był Tom Baca. Zostało mu już tylko 12 dni do odsłużenia i ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył było nadstawianie karku.
Piloci zapakowali księdza do nieuzbrojonego Hueya i po kilkudziesięciu minutach lotu wylądowali w Cau Song Be. Dobrodziej poszedł odprawiać mszę, a oni wyciągnęli się na trawie w cieniu śmigłowca. W tym samym czasie kilkadziesiąt kilometrów od bazy rozgrywały się dramatyczne sceny.
Kompania południowowietnamskich żołnierzy dowodzona przez kilku instruktorów z amerykańskich Sił Specjalnych wracała z Laosu, gdzie wykonywali zadanie na Szlaku Ho Chi Minha, którym płynął z Północy strumień zaopatrzenia dla komunistycznych partyzantów walczących w Wietnamie Południowym. Kilkadziesiąt kilometrów od bazy w Cau Song Be zostali otoczeni przez batalion żołnierzy z 273 Pułku Piechoty Armii Północnego Wietnamu i w chwili, gdy Tom i Larry przywieźli kapelana do bazy prowadzili zaciętą walkę o życie. Ich sytuacja była dramatyczna, zaczęli przez radio wzywać pomocy. Usłyszała ich załoga Hueya znajdującego się w pobliżu i pospieszyła na pomoc. Na pokładzie śmigłowca znajdował się paramedyk z Sił Specjalnych Jim Dopp. Kiedy znaleźli się nad polem walki zobaczyli, że nie ma tam żadnego prowizorycznego lądowiska – cały teren jest porośnięty drzewami i bambusem. Jim Dopp zaczął się przygotowywać do opuszczenia na linie. Kiedy był już gotowy maszyna zahaczyła ogonem o jakąś gałąź. Śmigło ogonowe zostało uszkodzone i helikopterem zaczęło niebezpiecznie rzucać na boki. Pilot poderwał maszynę ponad las i cudem wylądował kilometr dalej na otwartym terenie. Wyskoczył ze śmigłowca i po zbadaniu tylnego wirnika zdecydował się wracać prosto do bazy.
Kiedy dolecieli do Cau Song Be Jim Dopp natychmiast podbiegł do jedynego sprawnego helikoptera w bazie – maszyny obok której odpoczywali Tom i Larry. Szybko zrelacjonował im całą sytuację. Ci nie wahali się ani chwili.
Nieuzbrojony Huey skierował się na miejsce, gdzie Amerykanie i południowi Wietnamczycy stawiali zacięty opór okrążającym ich komunistom. Mieli wielu rannych, którzy wymagali natychmiastowej ewakuacji.

 

Larry Liss zdawał sobie sprawę z tego, że tę akcję najprawdopodobniej przypłaci wyrzuceniem z wojska. Zaledwie tydzień wcześniej lecąc nieuzbrojonym Hueyem zobaczył z powietrza jak pluton Marines usiłuje wydostać się z zasadzki Vietcongu. Wylądował w ich pobliżu i zabrał na pokład najciężej rannych. W bazie zamiast medalu i gratulacji dostał ochrzan od swojego dowódcy i zapowiedź, że jeśli jeszcze raz złamie rozkaz to wyleci z armii.
Po 15 minutach lotu byli na miejscu. Larry z przerażeniem rozejrzał się dookoła.
„No LZ!” – pomyślał. Nie ma „Landing Zone”! Cały teren jest porośnięty bambusem. Jakim cudem ma tu posadzić śmigłowiec i ewakuować rannych?
Bambusy o wysokości ponad 10 metrów rosły tak gęsto, że piloci nie mogli nawet dostrzec sylwetek walczących. Amerykanie i południowi Wietnamczycy bronili się w okręgu o promieniu kilkudziesięciu metrów i w tym momencie stracili już 30 ludzi. Komuniści napierali ze wszystkich stron i okrąg cały czas się zmniejszał.
Co robić? Gdzie lądować? Larry Liss kątem oka dostrzegł miejsce, gdzie bambus rósł nieco rzadziej. Skierował tam Hueya i zawisł na chwilę w powietrzu. Lewą ręką chwycił dźwignię skoku ogólnego i powoli popchnął ją w dół. Helikopter zaczął opadać. Śmigła uderzyły w bambusy, rozległ się potworny trzask łamanych gałęzi, a wnętrze śmigłowca wypełniło się kawałkami drewna i liści. Huey zamienił się w gigantyczną kosiarkę do bambusu.
Po kilkunastu sekundach śmigłowiec dotknął ziemi na wyrąbanym własnymi śmigłami lądowisku. Natychmiast podbiegli do niego południowowietnamscy żołnierze i załadowali na jego pokład sześciu najciężej rannych kolegów. Jim Dopp natychmiast zaczął ich opatrywać.
Larry Liss ponownie chwyta za dźwignię i pociąga ją do góry. Myśli tylko o jednym – czy śmigła wytrzymały tę dramatyczną próbę, jakiej ich poddał?
Śmigło Hueya jest obramowane warstwą twardej stali, ale nie jest zaprojektowane po to, by robić za kosiarkę! Jakiekolwiek odkształcenie może skutkować utratą aerodynamiki. A jeśli wśród tych bambusów rosło jakieś twardsze drzewo? Wtedy nie wystartują i w najlepszym wypadku trafią do wietnamskiej niewoli.
Dźwignia powoli idzie do góry i Huey z trudem, ale jednak odrywa się od ziemi i wznosi pionowo. Piloci oddychają z ulgą. Pochylają maszynę tuż nad dżunglą i lecą do Cau Song Be. Po drodze otrzymują dramatyczną wiadomość przez radio od oblężonych żołnierzy – nieprzyjaciel dostał wsparcie silnego oddziału Vietcongu. Teraz cała kompania musi zostać ewakuowana. Po piętnastu minutach Huey ląduje w Cau Song Be. Tam ranni trafiają do polowego szpitala. Ze śmigłowca wyskakuje Jim Dopp – jako lekarz bardziej przyda się w szpitalu, niż w helikopterze.
Larry i Tom wiedzą, że muszą wracać. Tym razem jest o wiele gorzej – wiedzą już bowiem jakie piekło ich czeka i zdają sobie sprawę, że powrót oznacza samobójstwo.
Na szczęście będą mieli wsparcie…

 

Tom przełącza radiostację na kanał alarmowy i prosi o pomoc każdy śmigłowiec znajdujący się w pobliżu. Nagle słyszy znajomy łopot śmigieł Hueya. Obok maszyny Toma i Larry’ego ląduje swoim helikopterem Jack Swickard – znajomy Toma ze 118. Brygady Kawalerii Powietrznej. Tom szybko streszcza mu sytuację. Teraz polecą w dwie maszyny. Szybko ustalają, że Jack poleci pierwszy – jego Huey jest uzbrojony – ma po bokach dwa karabiny maszynowe M-60 obsługiwane przez siedzącego z tyłu Ala Croteau. To kumpel Jacka, inżynier zajmujący się naprawą Hueyów, a także zapalony fotograf. Ma dzisiaj dzień wolny, ale uprosił Jacka, by wziął go ze sobą na rutynowy patrol chcąc zrobić kilka zdjęć z powietrza. Wskutek zbiegu okoliczności jego niewinna przejażdżka zamieni się w podróż do piekła.
Obydwa Hueye startują i kierują się na pole walki. Larry z niepokojem wsłuchuje się w szum śmigieł swojego helikoptera. Na ziemi nie miał czasu, by wyłączyć silnik i dokładnie je zbadać. Ma jednak nadzieję, że wytrzymają…
Po kwadransie są nad celem. Jeden rzut oka wystarcza Larry’emu by ocenić jak bardzo sytuacja się pogorszyła. Teren zajmowany przez południowych Wietnamczyków bardzo się skurczył. Szuka wzrokiem prowizorycznego lądowiska, które wyrąbał śmigłami zaledwie godzinę temu. Ostrożnie sadza w nim maszynę. Śmigła ponownie uderzają o łodygi bambusów.
W tym czasie Jack Swickard zatacza swoim Hueyem koło nad polem bitwy. Widzi, że komuniści są już zaledwie dwadzieścia metrów od maszyny Toma i Larry’ego. Al Croteau chwyta rękojeść M-60 i otwiera do nich ogień. Karabin jednak zacina się. Al sięga więc po swój pistolet. Po chwili Jack zawiesza maszynę nad dżunglą i robi dokładnie to samo, co Larry godzinę temu – powoli zniża śmigłowiec wyrąbując sobie prowizoryczne lądowisko wśród bambusów.

 

Wietnamczycy i Amerykanie rzucają się do maszyn ładując na ich pokłady rannych. W zamieszaniu do helikopterów ładowane są także trupy. Al Croteau, który wystrzelał już wszystkie magazynki swojego pistoletu zauważa, że tuż obok niego na podłodze leży ciało Wietnamczyka z odstrzeloną głową. Trup ściska w dłoni pokrwawiony M-16. Al wyjmuje broń z rąk trupa, ociera ją z krwi i resztek mózgu i strzela do partyzantów, którzy podchodzą coraz bliżej. Kule z kałasznikowów uderzają w kadłuby śmigłowców. Larry patrzy na Jacka i palcem wskazującym zatacza kółko w powietrzu.
„Startuj!”
Obie maszyny zwiększają ciąg silników, podrywają się w powietrze i lecą do Cau Song Be. Tam ranni i zabici są błyskawicznie wyładowywani. Śmigłowce ponownie startują i lecą na pole walki po nowych rannych. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz.
Każdy kolejny lot jest bardziej niebezpieczny od poprzedniego – do obrony prowizorycznych lądowisk zostaje coraz mniej ludzi. Kiedy Larry i Tom lecą na miejsce po raz piąty przy życiu pozostaje nieco ponad trzydziestu żołnierzy, którzy skupili się wokół dwóch prowizorycznych lądowisk. Zaledwie kilkanaście metrów od nich widać lufy kałasznikowów plujące nieustannym ogniem.
Hueye Larry’ego i Jacka ponownie lądują na wyrąbanych przez siebie lądowiskach. Sytuacja jest już tragiczna. Kto się tym razem nie dostanie na pokład ten zginie. Larry wyskakuje ze śmigłowca i pomaga załadować rannych ignorując świst kul przelatujących kilka centymetrów koło jego głowy.
Partyzanci skupiają ogień na żołnierzach wskakujących do obu helikopterów. Kilku z nich zostaje zabitych już na pokładach maszyn. Nie ma czasu na sentymenty – trupy są natychmiast wyrzucane na ziemię, a ich miejsce zajmują ranni.
Na szczęście żadnemu z komunistów nie przychodzi do głowy, by skoncentrować ogień na wrażliwych częściach obu śmigłowców. Wystarczyłyby dwie serie z kałasznikowa w układy hydrauliczne pod wirnikami…
Ciężko ranni układani są w obu maszynach jeden na drugim. Maszyna Jacka może przyjąć mniej ludzi – dźwiga jeszcze karabiny maszynowe i amunicję, a na ich demontaż i wyrzucenie nie ma przecież czasu. Lżej ranni szturmują więc maszynę Toma i Larry’ego. Stają na płozach, chwytają się rękami i zębami wystających części. Zrobią wszystko, by wydostać się z tego inferna. W ostatniej chwili do śmigłowca podbiega jeszcze jeden żołnierz. Ten już nie ma się czego chwycić. Opiera jedną stopę na krańcu płozy i przykleja się płasko do kabiny. Larry wysuwa rękę przez okno i chwyta go za kołnierz. Będzie go tak trzymał przez cały lot.
Maszyna Jacka i Ala startuje jako pierwsza. Kiedy są już nad lasem Al z przerażeniem spostrzega jednego żołnierza, który samotnie ostrzeliwuje się mniej więcej w połowie drogi między dwoma lądowiskami. A więc kogoś zostawili!

 

Na pokładzie Hueya Toma i Larry’ego jest teraz 22 ludzi, a maszyna jest przystosowana do przewozu tylko sześciu!
Z takim obciążeniem helikopter nie może wznieść się pionowo w górę. Potrzebuje rozbiegu, podobnie jak samolot. Oznacza to, że pokancerowane śmigła czeka jeszcze jedna próba – będą musiały znowu wyrąbać drogę wśród bambusowego lasu. Tom i Larry zamykają oczy i zwiększają ciąg. Nos Hueya pochyla się i ponownie rozlega się trzask łamanych bambusów. Helikopter z ogromnym wysiłkiem dźwiga się w górę i po kilkunastu szarpiących nerwy sekundach jest już ponad dżunglą. Lecąc na oparach paliwa, z nadwerężonymi śmigłami i maksymalnym przeciążeniem cudem dociera do Cau Song Be.

 

Tego samego wieczoru kapitan Larry Liss został wezwany do bazy 2. Korpusu Armijnego i stanął do raportu przed swoim dowódcą. Ten bynajmniej nie wezwał go po to, by mu pogratulować. Zrugał go jak burą sukę, przypomniał, że po raz drugi złamał wyraźny rozkaz i wyzwał od najgorszych za… uszkodzenie helikoptera. W pewnym momencie doskoczył do Larry’ego i popchnął go. Ten nie pozostał mu dłużny. Już miało dojść do bójki, kiedy do gabinetu wpadło kilku oficerów i rozdzieliło ich. Na miejscu pojawił się także jeden z generałów. Popatrzył na Larry’ego i powiedział mu „Popełnił Pan błąd łamiąc wyraźny rozkaz, ale jednocześnie dokonał Pan niezwykłej rzeczy.”.
Interwencja generała zapobiegła wyrzuceniu Larry’ego z wojska. On, Tom i Jack za akcję pod Cau Song Be otrzymali Distinguished Flying Cross, a Al Croteau – Air Medal. W sumie tego dnia uratowali ponad 100 żołnierzy.

 

 

Larry Liss w Wietnamie, 1966 rok.

 

 

Larry Liss odszedł z wojska w kwietniu 1970 roku w stopniu kapitana. Założył małą regionalną linię lotniczą Flightways Corporation, którą pięć lat później sprzedał korporacji FedEx. Został prezesem Diversified Environmental Corporation, które to stanowisko piastował do 1988 roku. Obecnie pracuje jako niezależny doradca biznesowy. Jest żonaty, mieszka w Pensylwanii i ma córkę, która wyjechała do Los Angeles, gdzie wyszła za mąż za znanego holywoodzkiego scenarzystę Boba Goodmana.

Poza tym, jak wnioskuję z mojej niedawnej korespondencji mailowej z nim, jest niezwykle sympatycznym człowiekiem…

 

W 2007 roku cała ekipa uczetnicząca w akcji pod Cau Song Be spotkała się ponownie i pojechała do Wietnamu, by wraz z dziennikarzami BBC odwiedzić miejsce, gdzie w 1967 roku wykonali najbardziej niesamowitą misję ratunkową tamtej wojny. Przy okazji Al Croteau uzyskał odpowiedź na pytanie, które dręczyło go od 40 lat. Podczas rozmowy z Larrym dowiedział się, że żołnierz, którego widział ostrzeliwującego się między lądowiskami w ostatniej chwili chwycił się maszyny Larry’ego. To był ten żołnierz, którego Larry trzymał za kołnierz przez cały lot. Na polu walki nie zostawili więc nikogo żywego ze swoich.

 

Trzy lata temu grupa senatorów i kongresmenów uznała, że niezwykły czyn Larry’ego, Toma i Jacka zasługuje na odznaczenie znacznie wyższe niż Distinguished Flying Cross. Rozpoczęła się kampania na rzecz nadania bohaterskiej trójce Medalu Honoru.
Mam szczerą nadzieję, że go otrzymają, bo niewątpliwie nań zasługują.

 

 

 

tekst/foto blogbiszopa.pl