Zdjęcie dnia

  • Jacek Grześkowiak

    Jacek Grześkowiak

Newsletter

Cotygodniowa porcja informacji lotniczych

JOOMEXT_TERMS

HOBBY

Pogoda

 


Dołącz do nas !

FB TW google-plus-ikona-2012 YT 

 


Załoga

 

                       Siedzący za sterami samolotów piloci pierwszych powstających w Polsce linii lotniczych mieli wspólny rodowód. Wcześniej służyli w lotnictwie wojskowym. Nie mieli doświadczenia w pracy ( postępowaniu ) w lotnictwie cywilnym. Zdobywali je teraz. Co pewne umiejętności stawały się teraz zbędne inne przydatne. Takimi była między innymi ta najważniejsza jaką jest pilotowanie samolotu i odporność na stres. Pierwsza wzbudzała podziw nie tylko u rodaków. Tam gdzie inni się wahali ze startem, lecieli Polacy. Lecieli co najważniejsze bezpiecznie gdy panowały trudne warunki atmosferyczne. Francuz czy Niemiec odmawiał wykonania lotu ale nie Polak.

 

         Trzeba pamiętać, że samolot skonstruowany ( wynaleziony ) w 1903 roku i dalej udoskonalany w latach dwudziestych nie był maszyną idealną. Przymusowe lądowania zdarzały się często. Powodów tego było wiele. Nie tylko była winna pogoda. Sama konstrukcja płatowca kryła w sobie wiele technicznych „niespodzianek”. Czyniło to pracę pilota stresującą. Musiał zapanować nad maszyną w której znajdował się najcenniejszy bagaż, pasażerowie. Musiał opanować własny stres. To miał opanowane, wyniósł z wojska. Teraz ten potęgowali lecący z nim pasażerowie. Wiele razy trzeba było na już podejmować decyzję o… przymusowym lądowaniu. Wystarczył rzut oka i pilot sadzał płatowiec na polu. Starał się wybrać takie żeby po naprawie módz kontynuować dalszy lot. Kto naprawiał ?

 

               Z każdym rokiem swojego istnienia samolot stawał się bardziej skomplikowany. Wymagał nowego oprzyrządowania. Oprzyrządowania i ludzi którzy by mogli je obsługiwać w czasie lotu i na ziemi. Nie będzie błędem z mojej strony że. Tymi pierwszymi którymi po pilotach się pojawili byli mechanikami pokładowymi i naziemnymi. Nasz narodowy przewoźnik powietrzny PLL „LOT otrzymał ich w spadku nie tylko z wojska. Wcześniej zdobywali doświadczenie pracując w „Aerolocie” lub mieli zatrudnienie w „Aero”.

 

 

Tak więc o ile to było możliwe napraw na miejscu ( po przymusowym lądowaniu ) dokonywał wchodzący w skład załogi mechanik. Zdarzały się poważniejsze awarie. Wtedy czekano na przyjazd ekipy. Tylko wcześniej nie było tak jak teraz telefonów komórkowych czy też rozbudowanej sieci telefonii przewodowej. Trzeba było pokonać długą drogę aby dotrzeć do najbliższych zabudowań. Rozczarowanie, mieszkający tam nie mieli telefonu ? Nie, taka rzeczywistość. Trzeba było się udać do najbliższego majątku. Tam było podobnie. Więc koniecznością było dostać się tam gdzie był najbliższy sprawnie działający telefon. Gdy się to udało, powiadomić kogo trzeba i czekać na ekipę naprawczą. Ta po przybyciu na miejscu przystępowała do pracy. Ale co się stało ? Mechanik rzucił młotkiem o ziemię. Okazuje się że uszkodzenie jest na tyle poważne, że. .Że na miejscu mimo już włożonego wysiłku nic się nie da zrobić. Nic, tylko rozebrać samolot i dostarczyć do warsztatu. Łatwo to mówić i pisać. Pół biedy kiedy w samolocie był sam pilot albo z załogą. Trzeba było maszynę rozmontować, dostarczyć do najbliższej stacji kolejowej. Podobnie wypadało postąpić z ludźmi. Ale co to, mechanicy znów przystąpili do pracy. Udało się. Nie trzeba było wycinać drzew żeby umożliwić transport uszkodzonego płatowca. Pilot miał inne zdanie, tamtych brzózek trzeba było się pozbyć. Uniemożliwią start. Pół biedy kiedy awaria dosięgnęła samolot przy ciepłej i suchej pogodzie w przygodnym terenie. Gorzej gdy hulał wiatr i lał deszcz. Zdarzało się że połączenie lotnicze nie zostało zawieszone zimą. Praca przy spadłym śniegu i mrozie, tak samo dzisiaj nie należy do przyjemności.  

 

         Skomplikowany samolot stawiał wysoko poprzeczkę przed personelem latającym i naziemnym. Przyszli piloci zdobywali kwalifikacje na kursach krajowych i zagranicznych. Bodaj od 1930 r. do PLL „LOT” trafiali za stery tylko oficerowie rezerwy. Wspomniałem o kursach zagranicznych. Od personelu latającego wymagano znajomości języka obcego ( co najmniej jednego ). Mechanikami pokładowymi byli ci którzy sprawdzili się w pracy na ziemi. Mechanik zajmował się samolotem w czasie lotu i na ziemi. Ciekawostka, nim się pojawili stewardzi ( może się mylę ) na pokładzie polskich samolotów opiekę nad pasażerami sprawowali odpowiednio przeszkoleni właśnie mechanicy. Mechanik mógł mieć jeszcze jedną ważną umiejętność, którą zdobywał na kursach. Była nią obsługa radiostacji pokładowej.  

 

     Tak więc pilot nie był sam. Było ich dwóch. Drugim był kandydat do tego zawodu. Pomocnik pilota latał zwykle w załodze kiedy warunki atmosferyczne nie należały do łatwych. Czyli w okresie jesienno – zimowym. Co więcej trasa była odpowiednio długa gdzie przyszły po Bogu mógł zdobyć niezbędną w przyszłości wiedzę. Kiedy zachodziła potrzeba siadał za sterem ( samoloty były dwusterami ). Załoga pokładowa byłaby niekompletna gdyby nie wymienić w składzie radiotelegrafisty ( radiooperatora ). Znajdowano ich w… marynarce. Stawiano przed nimi wymagania posiadania licencji I klasy wydawanej przez Ministerstwo Poczt i Telegrafów.  

 

Konrad RYDOŁOWSKI