Połowa lat dwudziestych minionego wieku to nie tylko czas przelotów nad wielką wodą. To również początek rozwoju komunikacji lotniczej. Komunikacji łączącej miasta w ruchu krajowym i w ruchu międzynarodowym. Samolot zdecydowanie skracał czas szybszego dostarczenia ludzi i poczty z jednego miejsca w drugie. Nic dziwnego, że rozległy powierzchniowo Związek Radziecki skorzystał z tego dobrodziejstwa. Podobnie postąpiły nieco mniejsze Stany Zjednoczone. Jedni i drudzy, podobnie jak mniejsze państwa Europy, spoglądały w kierunku Uralu. Za nim rozpościerała się Azja, kontynent, który był wręcz idealny do bicia rekordów w długości lotów.

 

Anglicy i Francuzi mieli już za sobą pokonanie, z gorszym albo lepszym skutkiem, drogi z Europy do Afryki i do Azji. Przecierali teraz szlak do Australii. Sekundowali im w tym Amerykanie. W rok po skończeniu I wojny światowej dwaj Francuzi przelecieli nad Saharą. Śmiałkowie wystartowali z Paryża a lądowali w Timbuktu. W 1920 r. nastąpił etapowy przelot nad Stanami Zjednoczonymi z Nowego Jorku do Nome. Dwa lata po tym wydarzeniu doszło do bezpośredniego lotu od wybrzeża Oceanu Atlantyckiego do wybrzeża Oceanu Spokojnego. W 1924 r. świat usłyszał o Francuzie, który ze swojej stolicy poleciał do stolicy Japonii.

 

Od 1925 r. nie tylko lotniczy świat zaczął mówić o radzieckich pilotach. Rosjanie trzema samolotami przelatują do europejskich stolic. Docierają bezpośrednio ze swojej stolicy do Paryża. Co więcej, jeden z nich pokonuje trasę Moskwa – Tokio. Świat jeszcze był pod wrażeniem ich wyczynów kiedy pojawili się… Polacy, którzy w wyniku I wojny światowej odzyskali niepodległość. Nie mieli za sobą większych lotniczych tradycji. Mieli natomiast ludzi i ochotę brać udział w lotniczym wyścigu.

 

Orliski_Bolesaw

Bolesław Orliński

 

W 1926 r. polska załoga w składzie porucznik pilot Bolesław Orliński i sierżant mechanik Leon Kubiak pokonali trasę Warszawa – Tokio – Warszawa. Pokonali 22 600 km używanym samolotem. Był nim produkowany seryjnie Breguet XIX A 2. Orliński wzorem innych zamierzał wystartować z Paryża. Ostatecznie start nastąpił z lotniska na Polu Mokotowskim w Warszawie, 27 sierpnia 1926 r. Trasa wiodła nad Rosją, Mandżurią, Koreą i Morzem Japońskim. Orliński i Kubiak byli pierwszymi którzy pokonali Morze Japońskie w najszerszym miejscu. 1300 km od Hendżu leżącego w Azji na stałym lądzie (Korea) do Tokio położonego na wyspie. Para naszych rodaków spotkała się z bardzo serdecznym przyjęciem. Zostali przyjęci przez cesarza i odznaczeni. Wzięli udział w spotkaniach z miejscową ludnością. Bolesław Orliński wystąpił przed radiowymi mikrofonami miejscowego radia. Za przelot Orliński otrzymał cesarski Order Wschodzącego Słońca VI klasy oraz Złoty Medal Cesarskiego Towarzystwa Lotniczego.

 SunIII

Awers oznaki Order Wschodzącego Słońca II i III klasy


Tak więc pierwsza część przebiegała bez niespodzianek. Za to powrót nie należał do przyjemnych. Morze, które okazało się w drodze do Tokio bardzo spokojne, teraz pokazało swoją moc. Rozszalał się nad nim sztorm o sile tajfunu. Ten bardzo skutecznie zepchnął rodaków z powrotnego kursu. Lotnicy nie mieli mapy, która obejmowałaby swoim zasięgiem ten właśnie akwen. Zagubieni, a przez to jednocześnie zgubieni oczekiwali na śmierć. Kończyło się dodatkowo paliwo. Uratowała ich jednak zaradność sierżanta. W czasie lotu w przeciwnym kierunku wiedziony nieznanym impulsem, wyrwał ze szkolnego atlasu stronę z mapą. Na tej była wyspa. Dzięki temu mogli prowadzić nawigację i dokonać korekty powrotnego kursu.

 

Gdy zdawało się, że mają za sobą najgorsze, musieli przymusowo lądować w Mandżurii. Powodem była nieszczelność przewodu olejowego. Uszkodzenie nie okazało się poważne. Ale ponieważ nieszczęścia chodzą parami, stało się coś o wiele poważniejszego. Gdy już wylądowali na polu między Czytą a Harbinem w miejscowości Byrka, zjawił się nagły podmuch wiatru. Rzucił samolotem. W efekcie uszkodzeniu uległo dolne skrzydło i śmigło. Poszycie miejscami zostało rozerwane, a skrzydło i śmigło było połamane. Maska silnika uległa pogięciu. Każdy w takiej sytuacji przerwałby lot. Ale nie oni postąpili inaczej. Ucięli część uszkodzonego skrzydła. Dla równowagi końcówkę dobrego skrzydła pozbawili pokrycia. Poszycie zostało zszyte, a śmigło zostało sklejone i skrępowane drutem. Blachy maski wyklepane.

 Breguet_19

Breguet XIX A 2

 

 

 

 

Z duszą na ramieniu wystartowali. Nie mieli żadnej gwarancji czy dolecą. Druty mogły nie wytrzymać naprężeń obracającego się śmigła. Klej stolarski przestałby wiązać. Do tego nie było wiadomo jak zachowa się górne skrzydło. Mogło być pęknięte od środka. Silnik nie dawał pełnych obrotów. Według wyliczeń, które zrobił porucznik Byrkę od Warszawy dzieliło ich 6000 km. Na pomoc liczyć nie mogli. Pozostawała wiara, że na doraźne naprawy wystarczą aby wrócić. Wrócili.

 

O wyczynie naszych rodaków zrobiło się głośno. Bez wątpienia skorzystali nam tym Francuzi. Przelot na trasie Warszawa – Tokio – Warszawa stał się okazją do zareklamowania ich myśli technicznej.

 

 

Tekst. Konrad Rydołowski

Fot. Wikipedia.org