altGdzieś nad Niemcami, styczeń 1945 roku.
Pilot Mustanga beznamiętnie patrzył na olbrzymią formację Latających Fortec zmierzających nad Monachium. Jak na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu nieprzyjacielskich myśliwców. Nic. Żadnych „bandytów” na horyzoncie.

 

Nagle jego uwagę przykuł jeden z bombowców, którego wcześniej nie zauważył. Leciał nieco niżej, z tyły całej formacji. Miał na sobie znaki 332. Dywizjonu Bombowego. Problem w tym, że dzisiaj ten dywizjon miał pozostać w bazie…

Obniżył pułap i zbliżył się do bombowca. Pilot zauważył go i pozdrowił machnięciem ręki. Spróbował wywołać go przez radio. Po dłuższej chwili usłyszał zdawkową odpowiedź wypowiedzianą z twardym akcentem. Pilot myśliwca próbował indagować skąd się tu wziął i dokąd leci, ale tym razem odpowiedzią była cisza. Zmarszczył czoło. Coś mu się ten bombowiec bardzo nie podobał. Zwolnił i ustawił Mustanga kilkadziesiąt metrów za ogonem Fortecy. Jeszcze raz wywołał pilota kładąc jednocześnie kciuk na włączniku karabinów maszynowych.

Kampfgeschwader 200 (Skrzydło Bojowe 200) było najtajniejszym oddziałem hitlerowskich sił powietrznych. Jego zadaniem było przeprowadzanie operacji specjalnych – zrzut dywersantów na tyły wroga, długodystansowe loty zwiadowcze, blokowanie stacji radarowych oraz wprowadzanie zamieszania w nieprzyjacielskich dywizjonach bombowych przy użyciu… zdobytych alianckich bombowców.
Historia tajnej jednostki zaczęła się w połowie lat 30-tych. Kontrolerzy na warszawskim lotnisku Okęcie zauważyli, że zazwyczaj niezwykle punktualne samoloty niemieckiego przewoźnika Deutsche Luft Hansa zaczynają się regularnie spóźniać. Sprawa zainteresowała oficerów polskiego kontrwywiadu, który postanowił się jej bliżej przyjrzeć. Po lądowaniu w Warszawie niemieckie samoloty były uważnie obserwowane, jednak nie znaleziono nic, co mogło sugerować, że są używane do celów innych niż przewóz pasażerów i towarów.
Podejrzenia polskich oficerów były sluszne. Już od kilku lat niemieckie samoloty cywilne były wykorzystywane do celów rozpoznawczych i wyposażone w zamaskowane aparaty fotograficzne. Latając do Polski i innych krajów po drodze zbaczały z trasy i wykonywały zdjęcia obiektów o znaczeniu strategicznym – mostów, fabryk, lotnisk itp. Za tą operacją stał pułkownik Theodor Rowehl.
W oparciu o te doświadczenia w 1934 roku sformowano specjalny dywizjon rozpoznawczy, który podporządkowano niemieckiemu wywiadowi wojskowemu – Abwehrze. W ciągu kolejnych 10 lat dywizjon przeszedł szereg przekształceń. Kiedy Abwehra straciła zaufanie Hitlera jednostka została włączona do Luftwaffe. Oficjalnie Kampfgeschwader 200 powstało w lutym 1944 roku. Jego dowódcą został pułkownik Werner Baumbach – jeden z najbardziej doświadczonych pilotów bombowych Luftwaffe, a przy tym fanatyczny zwolennik Fuhrera.
Jednostka składała się z dwóch sekcji, z których pierwsza była odpowiedzialna wyłącznie za przerzut agentów na tyły wroga, druga zaś zajmowała się pozostałymi operacjami specjalnymi.
Ogólnie KG 200 liczyła kilkaset osób personelu bojowego i używała kilkudziesięciu rodzajów samolotów. Nie miała jednej bazy – składające się na nią eskadry były rozrzucone po całej okupowanej Europie. Najczęściej stacjonowały na opuszczonych lotniskach położonych blisko lasów, gdzie łatwo było ukryć sprzęt i samoloty.
Podczas alianckich misji bombowych nad terytorium III Rzeszy wiele bombowców zostało uszkodzonych tak, że musiały lądować awaryjnie na wrogim terytorium. Ich załogi trafiały zazwyczaj do obozów jenieckich, a samoloty przekazywano Luftwaffe. Czasem ich uszkodzenia nie były wielkie i po krótkim remoncie bombowce znów mogły wzbić się w powietrze. Wykorzystywano je w dwojaki sposób. Część z nich otrzymywała niemieckie oznaczenia i służyła jako samoloty doświadczalne – niemieccy piloci poznawali ich osiągi, uzbrojenie, wady i zalety, dzięki czemu mogli opracować strategie ich zwalczania.

 

alt

Amerykański bombowiec B-17 Latajaca Forteca w barwach Luftwaffe

 

Inne bombowce z kolei zachowywały oryginalne barwy i symbole – te przekazywano do tajnej jednostki KG 200, która wykorzystywała je do sekretnych misji.
Latające Fortece, Liberatory oraz rosyjskie Pe-2 z niemieckimi pilotami wkradały się na terytorium wroga, wykonywały zdjęcia oddziałów wojska, przeprowadzały niespodziewane bombardowania, zrzucały dywersantów i śledziły alianckie wyprawy bombowe. Owe latające wilki w owczych skórach nie miały się zazwyczaj czego obawiać – alianci brali je za swoje maszyny i nikomu nie przyszło do głowy, że za ich sterami siedzą Niemcy.
Zdobyte alianckie maszyny umożliwiły Niemcom dokonywanie wypadów na głębokie tyły przeciwnika. Luftwaffe nie dysponowała bowiem bombowcem, który mógłby równać się zasięgiem z Latającą Fortecą, czy Liberatorem. W dodatku przewaga aliantów w powietrzu i użycie radaru sprawiały, że w późnej fazie wojny wyprawy bombowe Dornierów, czy Heinkli były misjami samobójczymi.
Niemcy próbowali także zrekompensować sobie brak ciężkiego bombowca w inny, mniej zakamuflowany sposób. W 1943 roku inżynierowie z zakładów Junkersa wpadli na pomysł, by wykorzystać wycofane z użytku bombowce Ju-88 w charakterze latających bomb. Na grzbiecie nafaszerowanego materiałem wybuchowym Junkersa umieszczano myśliwiec Messerschmitt Bf-109 lub Focke-Wulf Fw-190. Silniki i stery obu samolotów były synchronizowane, myśliwiec wyposażany był w specjalny celownik wizyjny projektu inżyniera Siegfrieda Holzbauera, a bezzałogowy bombowiec otrzymywał rodzaj automatycznego pilota. Ten dziwaczny tandem wzbijał się w powietrze i po zbliżeniu się do celu pilot myśliwca odłączał bombowiec, który naprowadzany systemem żyroskopów uderzał w obiekt.
By zwiększyć skuteczność latającej bomby czasem demontowano kabinę bombowca zastępując ją stożkowym ładunkiem kumulacyjnym. Siła eksplozji takiej bomby była potworna i całkowicie wystarczała do zatopienia okrętu wojennego lub zdemolowania mostu.
Mistele, jak nazwano owe pary samolotów miały bardzo ograniczoną możliwość manewrowania, także podczas lotu nad cel były najczęściej osłaniane przez myśliwce.
W przypadku napotkania alianckich samolotów pilot samotnego Mistela musiał przedwcześnie odłączać się od bombowca-nosiciela i salwować ucieczką.

 

alt

Mistel, czyli tandem myśliwca Bf-109 z bombowcem Ju-88 pełniącym rolę latającej bomby. Widoczna modyfikacja bombowca polegająca na zdemontowaniu kabiny pilotów i zastąpieniu jej ładunkiem kumulacyjnym.

 

Pierwszy udany atak z udziałem Misteli przeprowadzono w czerwcu 1944 roku. Latające bomby zatopiły wówczas alianckie okręty na kanale La Manche. Planowano użyć je także na froncie wschodnim, jednak szybki postęp Armii Czerwonej zniweczył te zamiary. Podczas oblężenia Berlina dowódca KG 200 Werner Baumbach przeznaczył ocalałe Mistele do zniszczenia mostów na Odrze i Nysie – chodziło o odcięcie zaopatrzenia dla radzieckich jednostek oblegających stolicę Rzeszy.
Kiedy naziści zdali sobie sprawę z tego, że wojna jest już praktycznie przegrana i tylko jakiś cud mógłby odwrócić nieuchronną klęskę wpadli na pomysł, by do walki z aliancką machiną wojenną rzucić oddziały fanatyków-samobójców. Twórcami idei powołania hitlerowskich kamikaze byli podpułkownik Otto Skorzeny – dowódca oddziału komandosów, który we wrześniu 1943 roku uwolnił Benito Mussoliniego  przetrzymywanego w górskim hotelu w Apeninach, pułkownik Hajo Herrmann – hitlerowski as myśliwski oraz Hanna Reitsch – słynna nie tylko w Niemczech  oblatywaczka, która zaoferowała swoją pomoc przy szkoleniu pilotów-samobójców.
Ten makabryczny pomysł doskonale współgrał z teutońską mitologią, w której często przewijał się motyw wojowników przysięgających swemu wodzowi walkę do ostatniego żołnierza. Nie było również problemów z ochotnikami gotowymi poświęcić życie za Fuhrera – szybko zgłosiło się około siedemdziesięciu młodych fanatyków. Inicjatywę zastopował… sam Hitler, który ogarnięty paranoją nie przyjmował do wiadomości coraz gorszych wieści z frontu i uważał, że sytuacja nie jest na tyle groźna, by sięgać po tak drastyczne środki. W końcu jednak uległ namowom współpracowników i zgodził się na utworzenie oddziału kamikaze. Zastrzegł jednak, że wejdą do akcji, gdy on osobiście wyda taki rozkaz.
Dowódca KG 200 Werner Baumbach również nie był zwolennikiem samobójczych rajdów. Wolał używać Misteli, które nie pociągały za sobą śmierci pilota.
Nowa jednostka została nazwana Dywizjonem Leonidas od imienia legendarnego króla Sparty i weszła w skład KG 200.
Niemieccy kamikaze mieli pilotować Messerschmitty Me-328 o napędzie pulsacyjnym wyładowane 900 kilogramami ładunków wybuchowych lub przerobione latające bomby V-1. W teorii pilot takiego ustrojstwa miał szansę wyskoczyć ze spadochronem tuż przed uderzeniem w cel. W praktyce jednak szanse na przeżycie były niemal równe zeru.
Hitlerowscy piloci-samobójcy zostali użyci w walce pod koniec kwietnia 1945 roku. Wskutek ich ataków zniszczony został most kolejowy w Kostrzynie nad Odrą, a kilka innych zostało uszkodzonych. Kosztowało to życie 35 niemieckich kamikaze.
Tajna jednostka Luftwaffe KG 200 została rozwiązana kilka dni przed kapitulacją III Rzeszy, a jej całą dokumentację zniszczono. Pułkownik Werner Baumbach spędził trzy lata w obozie jenieckim, po czym wyemigrował do Argentyny, gdzie zaczął pracować jako pilot doświadczalny. Zginął w katastrofie lotniczej 20 października 1953 roku. Krótko przed śmiercią napisał autobiografię, którą zatytułował „Złamana swastyka”. Ani słowem nie wspomniał w niej o tajnej jednostce, którą dowodził.

 

tekst/foto. blogbiszopa.pl