409px-Freya-skizze

Zdawać by się mogło, że chroniona poprzez ogromną sieć obserwatorów Observer Corps oraz radarów lotniczych Wielka Brytania mogła drwić z atakującego ją przeciwnika, hitlerowskich Niemiec. Niemcy, które ze swoimi sojusznikiem, faszystowskimi Włochami nie zamierzały rezygnować, jak się wydawało, z łatwej zdobyczy. Wszak to przed nim skapitulowała Francja. Gdy się nie powiodły zabiegi dyplomatyczne, miała także paść Wielka Brytania.

 

Luftwaffe, która miała zapewnić chwałę III Rzeszy była zorganizowana w Luftflotten. Te znów były podzielone na Fliegerkorps. One dzieliły się zaś na mniejsze Gesschwader. Myśliwce wchodziły w skład Jagdgeschwader a bombowce w skład Kampfgeschwader. Różnorodność maszyn powodowała, że ciężkie Me-110 były przydzielone do Zerstörergeschwader a nurkujące Ju – 87 do Sturzkampfgeschwader. Oprócz nich w ataku na Wyspę Ostatniej Nadziei znalazły się Lehrgeschwader. W ich składzie również brakowało jedności typów. Oprócz tego w Luftwaffe były inne typy pułków lotniczych.

 

Geschwader w pełnym swoim składzie tworzyło od 90 do 120 samolotów. Podzielonych na 3 do 4 grup (Gruppen). Tak zgrupowane mogły stawić czoła RAF-owi, które miało bronić Wyspy. Odpowiednikiem dla squadronu Brytyjczyków stała się złożona z 10-12 samolotów, Staffeln. Każda Gruppen to od 3 do 4 Staffeln.

 

Obie strony, które stanęły naprzeciwko siebie nie za bardzo wyciągnęły wnioski z lekcji historii. Dla Niemców taką była I wojna światowa a dla Brytyjczyków nie tak dawna walka pod niebem Hiszpanii. Wkrótce jednak miało się okazać, że sztabowcy po obu stronach odkurzyli podręczniki taktyki. Królewscy przypomnieli sobie czym jest latanie skrzydło w skrzydło. Hitlerowcy odkryli, że takie zachowanie w powietrzu nie prowadzi do niczego dobrego. Trzeba wymyślić coś nowego. I wymyślili. Były to dwusamolotowe Rotte i Schwamm złożone z czterech maszyn. Na czym bliżej polegała taka nowość? Rotte w sile dwóch myśliwców leciała na tym samym pułapie zachowując dystans między sobą najczęściej 50 m. Następne dwa leciały obok w podobnej odległości. Powodowało to, że piloci Luftwaffe rozwijali swój szereg – rząd na długości blisko 200 m. Każdy z lecących był w stanie kontrolować sytuacje przed dziobem i ogonem. Ten lecący na skrzydle ubezpieczał prowadzącego. Mógł też przejść do zajścia przeciwnika, który z lotu nurkowego atakowałby lidera. Lider – prowadzący mógł chronić skrzydłowego. Jeżeli przyjąć, że na Staffel złożyło się 12 Me-109, uzyskiwali rząd maszyn lecących na dystansie 2 lub 2,5 kilometra. Rzecz jasna przemieszczających się na różnym pułapie. Tak więc można było po odpowiednim przygotowaniu do uderzenia przeciwko Wielkiej Brytanii.

 

I tu pojawia się po obu stronach dobrodziejstwo albo jak kto woli przekleństwo użycia radaru. Tego, który miał być skuteczny w walce z przeciwnikiem. Użyty z ziemi przy zastosowaniu stacjonarnych anten i tych na ruchomych platformach oraz na pokładzie samolotów. Jakby nie było ten ruchomy, mogący się przemieszczać w czasie lotu mógł oddać bardzo duże usługi latającym załogom. Co nie znaczy, że ten „przykuty” do ziemi stawał bezużyteczny. „Przykuty” nie tylko za sprawą anten stacjonarnych a przemieszczający się za sprawą ruchomych platform.

Radar okazał się niezwykle przydatny w działaniach prowadzonych przez myśliwce w warunkach ograniczonej widoczności. Dotyczyło to nocnych walk. Myśliwiec, który startował do ataku bądź do obrony musiał widzieć cel. Wymagało to zbliżenia się do siebie. Istniejące stacje radarowe nie były za bardzo dokładne w swojej pracy na ziemi. Z tego powodu myśliwce startujące do nocnej walki powinny mieć na swoim pokładzie zainstalowany radar. Rzecz jasna dzisiaj nie jest to czymś niezwykłym. W tamtym czasie było to nowością. Praca radaru wymagała użycia zastosowania anten dla nadajnika i odbiornika. Te miały duże wymiary. Stanowiły one bardzo poważną niedogodność w montowaniu ich na pokładzie samolotu. Inaczej było stawianiem ich na ziemi.

 

Na trzy lata przed wybuchem II wojny światowej sztabowcy Roayal Air Force doszli do zaskakującego wniosku. Wielka Brytania może być celem bombardowań prowadzonych przez Luftwaffe. Bombardowania mogą być prowadzone dniem i… nocą. Dlatego trzeba temu przeciwdziałać. Budując nie tylko sieć posterunków obserwacyjnych czy tworząc eskadry myśliwców do działań w nocy. Ale mieć urządzenie, które tak samo dniem ale nocą dostrzeże wroga.

 

 

250px-Robert_Watson-Watt

Robert Watson-Watt

 


Poznany już wcześniej inżynier Watson-Watt miał opracować urządzenie, które pozwoliłoby widzieć nocą. Co istotne - zmniejszyć je do takich rozmiarów, aby mogło swobodnie pomieścić się na pokładzie samolotu. Zajął się tym, ale nie do końca samodzielnie. Pracę powierzył jednemu ze swoich kolegów z Radio Research Station. Był nim inżynier Edward Bowen. Ten swoją pracę rozpoczął nie tylko od miniaturyzacji, ale od odchudzenia masy urządzenia i zmniejszeniu jego mocy. Uzyskał „pudełko” ważące mniej niż 100 kg, a pracujące mocą niższą od 500 W. Pozostawał bardzo istotny problem do rozwiązania. Gdzie umieścić maszt antenowy. Trudno byłoby schować maszt, który za sprawą swojej długości przewyższał kadłub. Więc trzeba go zmniejszyć aby go umieścić wewnątrz bądź zewnątrz płatowca. Gdy tylko Bowen otrzymał możliwość samodzielnego działania, rozwiązał ten problem. Royal Air Force otrzymało do swojego użytku Airbone Interception w 1940 r. Jego wynalazek znalazł nie tylko zastosowanie w zwalczaniu samolotów wroga, ale i jego okrętów.

 

Atakujący nie próżnowali. Inżynierowie po drugiej stronie Kanału, w Berlinie nie czekali aż ich przeciwnik wymyśli coś skutecznego do obrony. Oczekiwał na to wódz Adolf Hitler, a wraz z nim armia III Rzeszy. Sztabowcom było pilno zrealizować plany swoich generałów i marszałków. Przecież nie mogli zawieść wodza.

 

Na blisko dziesięć lat przed wybuchem I wojny światowej niemiecki inżynier Hülsmayer zademonstrował w swojej ojczyźnie oryginalne urządzenie. Wykorzystywał w nim to co wcześniej odkrył jego rodak, Herz. Mianowicie to, że fale radiowe mogą być nie tylko emitowane przez różne ciała i tak samo przezeń odbijane. Za sprawą skonstruowanego przez siebie, a następnie opatentowanego oryginalnego urządzenia był w stanie wykrywać płynące statki. Niestety, nie spotkał się z przychylnym potraktowaniem swojej pracy. Co więcej, gdy jego dziełem zajęli się Amerykanie i Francuzi, Niemcy potraktowali ten wynalazek jako rzecz bez przyszłości. Mieli się po dłuższym czasie przekonać o tym, że popełnili fatalny błąd.

 

Do zapomnianego wynalazku rok po objęciu rządów w Niemczech wróciło dwóch inżynierów. Hans Hallman i Hans Karl von Willsen zbudowali identyczne urządzenie. Nie było doskonałe jak wynalazek Hülsmayera. Niemniej jednak pozwało na namierzenie płynącego statku z odległości do 10 km. Marynarze z zadowolenia zacierali ręce. Dostali dla siebie zabawkę, która ich flotę mogła postawić na wyższym poziomie od dumnej marynarki brytyjskiej i francuskiej. Kiedy Brytyjczycy czynili starania jak zastosować podobny przyrząd na rzecz lotnictwa ich koledzy – przeciwnicy z Luftwaffe nie kwapili się aby zapoznać się bliżej z działaniem.

 

 

59f37017-10cc-4669-81e2-c53e8789eb22_665x665

Niemieckie samoloty lecące nad kanalem

 


W bliskim kręgu dyktatora z Berlina znaleźli się naukowcy, którzy wiedzieli jak się „bawić” taką „zabawką”. Latem 1935 r. opracowali i skonstruowali radar impulsowy. Ten niemiecki w czasie prób nie tylko mógł określić położenie z odległości 8 km. Czynił to na tyle precyzyjnie że mogli skorzystać z jego pracy artylerzyści na okręcie. Dwóch Hansów przy tej okazji upiekło drugą pieczeń. Pokazali co pewnym „nieukom” z Luftwaffe że ich „zabawka” wykrywa samolot na pułapie 500 m a będący w oddaleniu blisko 30 km.

 

 

409px-Freya-skizze

Radar Freya

 

 

III Rzesza i jej Krigsmarine otrzymała urzędzie zwane Seetakt a koleżeństwo z lotnictwa wojskowego znane jako Freya. Niemiecki radar zdecydowanie się różnił od tego, czym dysponowali Brytyjczycy dla obrony swojego wybrzeża. Różnica polegała na długości fali jakiej pracował. Niemcy wykorzystali falę długości 1,2 m. Tak więc nie były potrzebne tak charakterystyczne wysokie anteny nadajników i odbiorników. Jedna dziesiąta długości fali roboczej Brytyjczyków powodowało, że urządzenie pracowało na większej rozdzielczości przy zmniejszonych gabarytach. Nie było ich za dużo. Co nie oznacza, że nie były wykorzystywane do pracy. Blisko pół tuzina takich „zabawek” stanęło na granicy zachodniej III Rzeszy.

 

Luftwaffe czyniła wysiłki, aby nadrobić swoje opóźnienie w tym zakresie. Zaprzęgła do pracy inżynierów z Telefunkena. Wywiązali się z tego zadania. Powstał dla obrony powietrznej zestaw Würzburg. Mało kto wie, że to od niego datuje się zastosowanie anteny talerzowej w radarze. Dzieło inżynierów z Telefunkena korzystało z fali 53 cm. Sztabowcy Luftwaffe z dużą rezerwową podchodziła do tego dzieła. Tak że to nie znalazło się na wyposażeniu wszystkich jednostek, które były wyznaczone do prowadzenia powietrznej Bitwy o Wielką Brytanię. Do czego więc służył? Wykrywał cele znajdujące się na tak nieprzyjaznych dla strąconych lotników wodach Kanału La Manche.

 

 

Oprac. Konrad Rydołowski

Fot. wikipedia.pl