Logowanie

Zdjęcie dnia

  • Jacek Grześkowiak

    Jacek Grześkowiak

Newsletter

Cotygodniowa porcja informacji lotniczych

JOOMEXT_TERMS

Pogoda

 


Dołącz do nas !

FB TW google-plus-ikona-2012 YT 

 


     Urodziłem się piętnaście lat po skończonej II wojnie światowej. Wędrując z dziadkami i rodzicami ulicami nie tylko rodzinngo miasta na swojej drodze mijałem wielu ludzi. Między nimi byli na pewno ci wszyscy, którym sądzone było przeżyć koszmar wojny. Przeżyli ten w kraju i poza nim. Rzecz jasna nie siedzieli z założonymi rękami. Walczyli w szeregach regularnej a także podziemnej armii. Między nimi znajdowali się lotnicy. Czy wiemy o nich dużo ? Nasza wiedza o lotnikach podziemnego państwa na pewno jest dużo mniejsza od tej jaką mamy o tych służących w szeregach regularnej armii.

 

     Moja wiedza o naszych lotnikach zaczęła się od jednego z pierwszych krajowych wydań książki Arkadego Fiedlera. Był to znany chyba nam wszystkim jego „Dywizjon 303”. Gdy mowa o tej publikacji warto odnotować, że tekst trafił do okupowanej Polski. Był drukowany w podziemnych drukarniach. Losy bohaterów Fiedlera kończą się w 1940 roku.

     Polscy lotnicy nie złożyli broni. Kontynuowali dalej walkę. Nie brakowało ich na wszystkich frontach tej największej wojny minionego wieku. Znajdowali się pod niebem Wielkiej Brytanii, walkach nad III Rzeszą, zwalczali w powietrzu „cudowną broń” to jest latające bomby V – 1 i atakowali jej wyrzutnie na ziemi, niszczyli cele związane z V – 2, bezpośrednio wspierali wojska w jego działaniach na lądzie. Nie można zapomnieć o udziale rycerzy spod znaku biało – czerwonej szachownicy w walkach między innymi nad bardzo plażami, pojawiali się nad górskim pasmem Ardenów, przełamywali umocnienia linii Zygfryda. Nasi lotnicy wpisywali się w historię walk nad Włochami. Polskie załogi i pojedynczy spadkobiercy Ikara w służbie Marsa służyli jemu w lotnictwie brytyjskim, amerykańskim i radzieckim. Nie brakowało samolotów za których sterami siedzieli rodacy spiesząc z pomocą do okupowanej Europy. Polskie załogi przemierzały niebieskie powietrzne drogi nad Afryką, Bliskim i Dalekim Wschodem. Naszych nie brakowało rzecz jasna gdy chodziło o zbliżenie lotnicze Ameryki do Europy, Afryki i Azji.

     Po Fiedlerze zjawił się Bohdan Arct. Nie zabrakło Janusza Meissnera. Był obecny Stanisław Skalski. Zaznaczył obecność Tadeusz Rolski. Odcisnął swój ślad Mieczysław Pawlikowski. Później zjawili się inni. Między nimi był Jan Falkowski.

     Fiedler był dziennikarzem. Prawie ale nie tak do końca rzecz się miała z Meissnerem. Zupełnie inaczej wyglądała przygoda z piórem Arcta, Skalskiego, Rolskiego, Pawlikowskiego i Jana Falkowskiego. Byli oni bezpośrednio uczestnikami powietrznych zmagań.

     Kiedy umilkły działa zwycięzcy obeszli się bardzo różnie z bohaterami. Bohaterami którzy pierwsi stanęli na drodze lotników III Rzeszy. Przykre ale prawdziwe jak zostali potraktowani polscy lotnicy tam nad Tamizą. Z czym się spotkali tu nad Wisłą. Dlaczego ? Dlatego, że zawiniła polityka. To ona co pewnym nie pozwoliła w kulturalny sposób powiedzieć „dziękuję”. Ci którzy pozostali na Wyspie Ostatniej Nadzieli stanęli przed bardzo trudnym wyborem dalszej życiowej drogi. Na przeszkodzie stanęły nie tylko zmiany granic Polski. Czyli jakie stanowisko zajęli politycy z Londynu i Waszyngtonu wobec Moskwy. Jak też sprzyjanie Rosjanom rządu na początku w Lublinie a później w Warszawie. Na przeszkodzie stało także życie osobiste. Wielu z lotników zmieniło swój stan cywilny. Hamulcem nie bez znaczenia była znajomość języka obcego. Gdzieś wypadało pracować. Tym samym utrzymać siebie i założoną rodzinę. Jeżeli się znalazła pracy nie musiało to wcale oznaczać, że polski lotnik w cywilu trafił do brytyjskiego lotnictwa.

     W Wielkiej Brytanii pozostał Stanisław Józefiak.

     Stanisław Józefiak przyszedł na świat 10 września 1919 r. Uczył się w Skalmierzycach, okolice Ostrowa Wielkopolskiego. W 1937 r. rozpoczął swoją przygodę z mundurem wojskowym. Tego bowiem roku przestąpił mury Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich. Początkowo jego Szkoła mieściła się w Bydgoszczy następnie w Krośnie. W pamiętnym wrześniu 1939 r. przeszedł przeszkolenie nie tylko ogólne a także kurs strzelców - radiotelegrafistów. W znanym z historii wrześniu 1939 r. ewakuował się razem z kolegami ( takimi samymi uczniami jak on ) do Rumunii. Granicę przekroczył 19 września. Został internowany. W październiku uciekł z obozu. Przedostał się do Jugosławii. Niestety po kilku dniach został schwytany. Trafił do obozu. W listopadzie spróbował uciec drugi raz. Tym razem próba zakończyła się sukcesem. Dotarł do polskiej ambasady w Bukareszcie. Z niego powędrował do Konstancy. Na pokładzie popłynął do Bejrutu a z tego do Marsylii. W gościnnej Francji znalazł się 20 listopada 1939 r. Z morskiego portu został przewieziony jak wielu jemu podobnych do polskiej bazy Lyon – Bron. W ostatnich dniach stycznia przez Le Havre pożeglował do Southampton w Wielkiej Brytanii.

     Tu na Wyspie Ostatniej Nadziei otrzymał zakwaterowanie w bazie Eastchurch. Nie marnował czasu. Uczył się języka i podnosił swoje umiejętności radiotelegrafisty. Po zakończeniu kursu strzeleckiego otrzymał awans na stopień sierżanta. Został przydzielony do odbycia praktyki strzeleckiej w 12 OTU ( Benson ) i na stacji RAF w Penrith. 7 kwietnia 1941 r. został skierowany do polskiego dywizjonu. Trafił do 304 Dywizjonu Bombowego im. „Ziemi Śląskiej" Tu poznał swoją przyszłą załogę bombowego Wellingtona.. Pierwszy lot odbył na początku maja w zastępstwie chorego kolegi. Stanisław poleciał jako strzelec pokładowy. Nocą z 27 na 28 maja 1941 r. już ze swoją załogą bombardował port Boulogne. Będąc nad tym francuskim portem obecnie we władaniu Niemców jego samolot został trafiony przez obronę plot. Dalszy lot odbywał na jednym silniku. Nad wybrzeżem silnik odmówił pracy. Zapalił się. Część załogi opuściła maszynę na spadochronach. Niestety inni pozostali w płonącym wnętrzu. Zginęła we wraku, który pochłonęło morze.

     Stach lądując doznał kontuzji.. Złamał nogę. Trafił do szpitala. Po wyjściu z tego przebywał w Blackpool. Pod koniec stycznia 1942 r. całkowicie zdrowy wrócił do dywizjonu. Tu spotkała bolesna niespodzianka. Jego pierwsza załoga zginęła. Latał więc jako strzelec „awaryjny" z różnymi załogami, zastępując innych. Bombardował cele w Niemczech i we Francji. Po przesunięciu dywizjonu na lotnisko Tiree i włączeniu tego do Coastal Command latał nad Atlantyk. Polacy szukali U – Bootów. Mając za sobą około pół setki lotów na patrolach został przeniesiony do Blackpool. 2 lipca 1943 r. trafił do 5 AOS. Przebywał tam kilka dni. Skierowano go dalej. Tym razem do ACTC w Hucknall. Od 15 sierpnia 1943 r. przechodził odpowiednie przygotowania w 12 ITW w Brighton.

     20 listopada 1943 r. zameldował w 25 EFTS w Hucknall. Tu zapoznał się w lotach na samolotach Tiger Moth. Naukę kontynuował od 30 marca 1944 r. w 16 SFTS w Newton, latając na innym typie maszyn ( Miles Master ). 14 września 1944 r. otrzymał przydział do 649 squadronu w Cleave. Tam ciągnął rękaw do którego w ramach ćwiczeń strzelała obrona przeciwlotnicza. 23 stycznia 1945 r. otrzymał przydział do 61 OTU w Rednal. W 61 przeszedł szkolenie dla pilotów myśliwskich na Spitfire'ach. Po jego ukończeniu został skierowany został do 84 GSU. 84 GSU skupiała zapasowe samoloty i pilotów dla 84 Grupy Myśliwskiej. 2 czerwca 1945 r. trafił do rodaków. Był wśród lotników 317 Dywizjonu Myśliwskiego „Wileńskiego". Polacy stacjonowali w Niemczech. W dywizjonie pozostał do jego rozwiązania.

     Po likwidacji polskiego lotnictwa na Wyspie Ostatniej Nadziei wstąpił do Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia. W 1949 r. odszedł do cywila. Zamieszkał poza Polską. Osiedlił się w Derby i pracował poza lotnictwem. Przez bodaj dwa lata latał dla Amerykanów. Następnie wrócił do pracy poza lotnictwem. Będąc na emeryturze udzielał się społecznie. Odwiedzał Polskę. Był autorem wydanych w formie książki wspomnień. ”Bóg, honor i Ojczyzna". Zmarł w stopniu majora 12 grudnia 2015 r. w Derby. Znacznie dalej znalazł się Roman Hrycak.

     Roman Hrycak urodził się 2 sierpnia 1918 r. W 1937 r. złożył egzaminy maturalne. Jeszcze tego samego wstąpił do wojska. Służył w pułku piechoty. Na początku 1938 r. został przeniesiony do Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa. Po jej ukończeniu postanowił kontynuować służbę wojskową. Postanowił być oficerem zawodowym. Dlatego przeniósł się do Dęblina. Wcześniejsza szkoła mieściła się w Sadkowie.

     18 września przekroczył drogą powietrzną granicę Polski z Rumunią. W Rumunii został internowany. Nie zamierzał pozostać w obozie. Ruszył za bronią do Francji. Przez znany innym lotnikom Balczik na pokładzie statku dotarł do Francji. Tu trafił do punktu zbornego w Le Bourget. Z niego wywędrował do polskiego Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Lyon - Bron. Pod koniec maja następnego roku w St. Etienne rozpoczął swoją edukację lotniczą na samolotach francuskiego sojusznika. W czerwcu 1940 r. w obliczu przegranej wnuków Napoleona znów na pokładzie statku udał się na Wyspę Ostatniej Nadziei. Tu w Wielkiej Brytanii został skierowany do Blackpool. Z tego nadmorskiego „polskiego” miasteczka odszedł na przeszkolenie w pilotażu do 15 EFTS. Z niego trafił do szkoły strzelców do Dumfies. Latał jako pilot ciągnący rękawy. W lipcu 1941 r. został wysłany do 55 OTU. To tu w Usworth przeszedł przeszkolenie bojowe obowiązujące pilotów myśliwskich.. 8 września 1941 r. otrzymał posting do polskiej jednostki bojowej. Tą był 303 Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki. W dywizjonie który akurat stacjonował w Speke odbył kilka lotów treningowych. Po odpoczynku 303 przeleciał do Northolt. Roman niestety został we wcześniejszym miejscu. „Kościuszkowców” zastąpił inny polski dywizjon myśliwski. Był nim 306 Dywizjon „Toruński". To do niego został przeniesiony Roman. Nie posiedział w nim długo. Po trzech dniach trafił do następnego polskiego dywizjonu. Tym razem był to 317 Dywizjon Myśliwski „Wileński". Do trzech razy sztuka, czy będzie mógł latać bojowo ? Zdawał się wątpić. Wątpliwości były zbędne. Teraz zaczął latać operacyjnie.

     15 marca 1942 r. z kolegami poleciał w locie osłonowym. Wykonał zdanie. Z chwila powrotu ziemię skryła mgła. Lądujący bez widoczności piloci rozbijali samoloty. Jeden z naszych zginął, dwóch wylądowało bez szwanku. Roman w czasie tego lądowania został ranny. Trafił do szpitala. Po rekonwalescencji powrócił do dywizjonu. Odszedł z niego w pierwszych dniach lutego 1943 r. „Odpoczywał” w Duxford. .Z końcem lipca 1943 r. wrócił do swoich „Wilniuków". Pozostał z nimi do czasu ponownego odejścia na odpoczynek. „”Odpoczywał” w Delivery Flight. 18 kwietnia 1944 r. otrzymał posting do nocnego 307 dywizjonu. 16 lipca 1944 r. przeniesiono go do zapasowej jednostki 84 GSU. Z tej na początku września 1944 r. odszedł do 317 dywizjonu. 1 stycznia 1945 r. po powrocie z bombardowania wziął udział w powietrznej bitwie nad Gandawą. 23 marca 1945 r. przeniesiony został w charakterze instruktora do polskiej szkoły podstawowego pilotażu 16 SFTS w Newton. Pozostał tam do rozwiązania Polskich Sił Powietrznych.

     Podobnie jak wielu innych kolegów lotników należał do Polskiego Korpusu Rozmieszczenia i Przysposobienia. Do nowej wyzwolonej Polski nie wrócił. Trzy lata po zakończeniu wojny „ zgłosił się” do wyjazdu do Pakistanu. Tam z dala od Polski miał pełnić służbę w nowo powstałym pakistańskim lotnictwie. Początkowo był instruktorem w szkole lotniczej. Następnie latał z transportami dla wojska walczącego w Kaszmirze. W 1950 r. przeniósł się do pakistańskich pasażerskich linii lotniczych. Po trzech latach spędzonych w Pakistanie wrócił do Wielkiej Brytanii. Ukończył kurs i uzyskał licencję pilota, pozwalającą mu na loty w Wielkiej Brytanii. Pracował dla firmy czarterowej. Wiosną 1955 r. wysłany został do Afryki. Bliżej znalazł się w Nigerii. Tu pozostał dłużej. Latał – pracował w tamtejszej linii lotniczej. W 1984 r. przeszedł na emeryturę. Do Polski dalej nie wracał. Wyemigrował do Kanady. Zmarł 11 lipca 2001 r. Do kraju wrócił Roman Rosołowski.

     Roman Rosołowski urodził się 12 listopada 1919 r. w Fordonie dzisiaj to dzielnica Bydgoszczy. Po ukończeniu nauki szkolnej wybrał, że swoją przyszłość zwiąże z wojskiem. Wynikało to między innymi z tego, że w czasie nauki działał w lotniczym oddziale drużyny harcerskiej. Jak postanowił tak uczynił. Wstąpił w 1935 r. do Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich. Nie miał do niej za daleko. Szkoła mieściła się w Bydgoszczy. Szkołę ukończył jako strzelec samolotowy radiotelegrafista w 1938 r. Jeszcze tego samego roku został przydzielony do 213 eskadry ćwiczebnej wchodzącej w skład 1. Pułku Lotniczego. Stacjonował w syrenim grodzie. To tu przeszedł kurs dla strzelców radiotelegrafistów. Po jego zakończeniu w stopniu kaprala został przeniesiony do 217 eskadry bombowej.

     Z chwilą ogłoszenia mobilizacji eskadra przebazowała na lotnisko w Podlodowie. 3 dnia działań wojennych zajęła lądowisko w okolicach Węgrowa ( Stara Wieś). 4 września 1939 r. weszła do walki. Prowadziła bombardowania i loty na rozpoznanie. 8 września Roman razem z kolegami wrócił do Podlodowa. 9 września znalazł się na wschodzie Polski w okolicach Kowla. 10 września został przeniesiony do jednej z dwóch eskadr XV Dyonu Bombowego. Była to mianowicie 216 eskadra bombowa. 14 września brał udział w locie na bombardowanie niemieckich pancerników w rejonie Zamościa. Po zrzuceniu bomb jego „Łoś” w drodze powrotnej na lotnisko został ostrzelany przez nieprzyjacielską artylerię przeciwlotniczą. Nie sądzone mu było wrócić do siebie. Pilot z braku paliwa lądował przymusowo w miejscowości Mukoszyn koło Kamienia Koszyrskiego. Załoga po naradzie zdecydowali, że jeden z lotników ruszy do eskadry po pomoc. Trzej pozostali poczekają na niego. Po trzech dniach zamiast spodziewanej pomocy nasi lotnicy zobaczyli na niebie nie biało – czerwone – szachownice a czerwone gwiazdy. Podjęli szybką decyzję. Sami zdobędą niezbędną benzynę i dołączą do dywizjonu. Wystartowali na oparach. Nie dolecieli daleko od miejsca startu. Lądowali w pobliżu Wielkiej Głuszy. Tu znaleźli upragnioną benzynę. Radość trwała krótko. Benzyna samochodowa nie nadawała się jako paliwo do samolotu. Co gorsza trafili na ewakuujące się nasze oddziały wojskowe i policjantów. Wspólnie dotarli do Kamienia Koszyrskiego. Z tego razem z grupką żołnierzy 213 eskadry bombowej ruszyli do Warszawy. Nie dotarli do niej. 20 września zostali otoczeni przez Niemców i wzięci do niewoli.

     Roman jako jeniec początkowo trafił do obozu jenieckiego w Radomiu. Z niego został wywieziony dalej. Znalazł się w głębi III Rzeszy. Trafił do Stalagu Stalag III A w Luckenwalde, a następnie do Stalagu XII A w Limburg an der Lahn, aby ostatecznie trafić do Stalagu XII C położonego w Wiebelsheim. W 1941 r. został wysłany na roboty przymusowe w okolice Koblencji. Później został przeniesiony w inne miejsce. Tam doczekał się wyzwolenia przez 8 Armię Amerykańską. Po wyzwoleniu z podobnymi sobie znalazł się w Luksemburgu. Pracował w UNRRA. Do jego zadań należało zaopatrywanie w żywność przesiedleńców i organizowanie transportów repatriantów do Polski.

      Wrócił do Polski. Pracował w Polskich Liniach Lotniczych „LOT" w Warszawie na Okęciu. Odpowiadał za sprowadzanie na lotnisko samolotów i udzielanie zgody na ich starty i lądowania. Odszedł z pracy na własną prośbę w kwietniu 1947 r. Przeniósł się na identyczne stanowisko do Bydgoszczy. Nie za bardzo chciał siedzieć na ziemi. Składał podania o przydział do personelu latającego. Daremnie. W tym czasie nad Polską trwał stalinowski terror popierany przez co bardziej gorliwych Polaków wobec tych, którzy przybyli z Zachodu. Roman był częstym „gościem” pracowników Urzędu Bezpieczeństwa. Sytuacja się zmieniła po październiku 1956 r. W 1960 r. otrzymał wypowiedzenie z pracy w PLL „LOT". Rozpoczął pracę po za lotnictwem. Poza pracą zawodową był zatrudniony na pół etatu w Lidze Obrony Kraju. Jako instruktor przygotowywał przedpoborowych do służby w wojskach łączności. W 1980 r. odszedł na emeryturę.

      Będąc radiotelegrafistą pozostał wierny łączności. Zajmował się krótkofalarstwem. Nie zapomniał o lotnictwie. Był autorem artykułów historycznych publikowanych w prasie miejscowej i tej wydawanej przez Stowarzyszenie Lotników Polskich. Swoje zbiory przekazał do Muzeum Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Współpracował ze Studenckim Kołem Naukowym Lotników przy Instytucie Lotnictwa Politechniki Rzeszowskiej. Organizował zjazdy absolwentów Szkoły Podoficerów Lotnictwa dla Małoletnich. Porucznik Roman Rosołowski zmarł 20 kwietnia 2013 r. w Bydgoszczy. Tu w mieście nad Brdą także został pochowany.

      Los dla tych którzy wrócili do nowej Polski do tej po 8 albo jak kto woli 9 maja 1945 r. nie był łaskawy. Dowodem tego niech będzie życiorys Józefa Jungrawa.

      Józef Jungrav vel Jungraw przyszedł na świat 25 marca 1897 r. Pierwsze nauki pobierał w Stanisławowie i Lwowie. Gdy wybuchła I wojna światowa Józef edukował się w Salzburgu. Zdobytą wiedzę poddany cesarza Austrii użył jako jego żołnierz armii. Gdy zaczęło się formować Wojsko Polskie nie zabrakło w nim miejsca dla niego. Gdy w 1920 r. granica niepodległej Polski została zagrożona przez nawałę bolszewicką, znalazł się w szeregach obrońców. Po skończonej wojnie nie zdjął munduru. Wykładał w Szkole Artylerii i pracował w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego. W 1926 r. podjął decyzję o przejściu do lotnictwa. W tym celu ukończył niezbędny kurs. Po jego ukończeniu uzyskał specjalność obserwatora samolotowego. Został przydzielony do pułku lotniczego stacjonującego w syrenim grodzie. Z tego przeniósł się do Poznania. Po bycie w tamtejszym pułku w 1934 r. wrócił do Warszawy. Wrócił do Departamentu Aeronautyki Ministerstwa Spraw Wojskowych a następnie do Dowództwa Lotnictwa. Trzy lata wcześniej przed pamiętnym wrześniem 1939 r. trafił do Lwowa. Gdy wybuchła ostatnia wojna światowa minionego wieku znalazł się w Sztabie Naczelnego Dowódcy Wojsk Lotniczych. Nie siedział za biurkiem. Latał na rozpoznanie. Z innymi lotnikami trafił do Rumunii. Spędził czas pewien w obozie dla internowanych. Nie posiedział długo. Przez Jugosławię a następnie Włochy spieszył za bronią do Francji. Gdy ta stanęła w obliczu klęski trafił do Wielkiej Brytanii. Tu na Wyspie Ostatniej Nadziei nie odszedł od lotnictwa. Początkowo był na etacie Dowództwa Lotnictwa. Następnie kierował Szkołą Bombardowań i Strzelań aby skończyć na zarządzaniu katedrą taktyki. Po zwolnieniu z wojska przeszedł do pracy w polskiej sekcji radia BBC. Do służby wrócił na rok przed końcem wojny. Objął katedrę w Szkole Wojennej. W nowej ( wolnej ) Polsce znalazł się w 1946 r. Nie przeszedł do cywila. Służył w II Oddziale Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Wykorzystywał swoje nauczycielskie umiejętności w Akademii Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Niestety, nie było mu sądzone pracować w nowej rzeczywistości Polski. Był „zadżumiony” tym że służył w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Musiał odejść z pracy i wojska. Znalazł zatrudnienie poza wojskiem. Cieszył się wolnością do marca 1951 r. Został aresztowany. Torturowany przyznał się do winy. Winą było jego życie. Życie które oddał dla Polski. Na mocy wyroku Sądu Wojskowego z maja 1952 r. został skazany. Wyrok był jeden, winny. Karą jest śmierć. Wyrok został wykonany w Warszawie 7 sierpnia 1952 r. Nie doczekał rehabilitacji. Ta nastąpiła w kwietniu 1956 r.

     Nie jest możliwe aby tu przypomnieć wszystkich. Wszystkich tych spadkobierców Ikara w służbie boga wojny, Marsa.

     Próbowałem sięgnąć pamięcią czy znajdę film fabularny poza dokumentalnymi, który przypomniałby Niezwyciężonych spod znaku biało – czerwonej szachownicy. Udało się. Był nim film „Bitwa o Anglię”. Moja radość z tego znaleziska trwała krótko. Film nie zrealizowany został przez Polaka i w Polsce. Nie jest to film o naszych lotnikach. Ale co ważne jest w nim o nich mowa. Mają swoje przysłowiowe pięć minut. Co więcej jeden z bohaterów tamtych dni współpracował ( był konsultantem ) przy jego produkcji. Czyżby nie byłoby nic rodzimej produkcji ? W 2017 r. rozpoczęły się zdjęcia do „Dywizjonu 303”. Film ma wejść na ekrany w tym jubileuszowym roku 100 lecia powstania Polskich Sił Powietrznych”. W chwili powstawania pisano o nim bardzo różnie. Jaki będzie, jak zostanie przyjęty ​?Dowiemy się po wejściu na ekrany. Ja dalej odczuwałem niedosyt. Na prawdę nie ma nic rodzimej produkcji z polską obsadą ? Gdy już byłem gotowy zrezygnować przyszedł z pomocą jeden ze starszych kolegów lotników. Przypomniał mi o zapomnianym filmie z 1958 r. Chodziło o „Historię jednego myśliwca”. Obraz w reżyserii Huberta Drapelli. Konsultantem do tego filmu był Stanisław Skalski. Ten nie tak dawno wyszedł na wolność. Kim był i co przeszedł nikomu kto się interesuje polskim lotnictwem nie muszę przedstawiać. Film Drapelli opowiada o młodym lotniku, Stefanie Zarembie z polskiego 306 Dywizjonu. Bohater zakochuje się w Angielce. W czasie jednej z walk nad wodami Kanału Angielskiego znanego bardziej pod nazwą Kanał La Manche zostaje zestrzelony. Ratuje się skokiem na spadochronie. Szczęśliwie dopływa do boi ratunkowej. Tu czeka na niego niespodzianka. W boi przebywa niemiecki lotnik. Polaka ratują jednostki Royal Navy. Stefan wraca do służby. Zostaje zestrzelony nad Francją. Ciężko ranny trafia pod opiekę Polki. Ta nim się opiekuje do całkowitego powrotu do zdrowia. Mamy więc typowy romans. On jest jeden w towarzystwie dwóch kobiet. Którą wybierze. Wybór nie jest łatwy. Miłość do kobiety i miłość do ojczyzny pod okupacją. Do ojczyzny zbliża walka. Walka od której chce odsunąć kochana kobieta. Ta z Wyspy Ostatniej Nadziei i tu nagle pojawia się inna kobieta. Nowa, którą poznaje w tak oryginalnych okolicznościach. Kobieta i koledzy z Dywizjonu chcą aby odszedł od latania bojowego. Wybór nie jest łatwy. Stefan Zaremba wraca do Wielkiej Brytanii. Lata. Nie słucha próśb. Do trzech razy sztuka mówi przysłowie. Trzeci raz zostaje zestrzelony. Nie może opuścić płonącego samolotu. Ginie śmiercią lotnika. Do filmu wykorzystano zdjęcia nakręcone bezpośrednio przy jego powstawaniu i archiwalne. Rolę samolotów z polskiego dywizjonu myśliwskiego zagrały odpowiednio przystosowane Jaki – 9. Co trzeba przyznać jak na tamte czasy to był piękny gest wobec rycerzy biało – czerwonej szachownicy.

     Mam nadzieje, że nie popełnię błędu gdy w odniesieniu do polskich lotników przypomnę hasło ze sztandaru Polskich Sił Powietrznych „Miłość żąda ofiary”. To uczucie nie było dla nich obce. Historia sztandaru jest niezwykle ciekawa. Został wyhaftowany w okupowanej Polsce. Do Wielkiej Brytanii zawiózł ( przemycił ) ambasador Japonii w dyplomatycznym bagażu. Nie możemy zapomnieć, że Japończycy byli sojusznikami III Rzeszy i faszystowskich Włoch. Sztandar wrócił do Polski po 1989 r. Jego dzieje mogłyby posłużyć za materiał do napisania książki i scenariusza filmowego. Gdy mowa o haśle, przytoczę jeszcze jedno. To jest bardziej znane. „Za Waszą wolność i naszą”. O tym „zapomnieli” spadkobiercy Albionu w 1945 r. w czasie defilady zwycięstwa. Nie była to chwilowa amnezja wobec polskich żołnierzy. Nad Tamizą doszła do głosu polityka. Początkiem jej szukałbym w Jałcie. Tam zapadły decyzje co do nowego porządku świata po zakończeniu wojny. Brytyjczycy i Amerykanie musieli czy nie musieli liczyć się ze zdaniem nie tak dawnego sprzymierzeńca Hitlera a później jego przeciwnika, Stalina.

 

Konrad RYDOŁOWSKI