Start Historia lotnictwa Artykuły historyczne Loty nad Atlantykiem - cz. II

LOGOWANIE


Pokaż

NEWSLETTER

 

Cotygodniowa porcja informacji lotniczych

 


Użytkownik:

E-mail:

Zasady

HOBBY

Historia lotnictwa
Artykuły historyczne
Encyklopedia lotnicza
Ludzie lotnictwa
Napędy lotnicze
Gry lotnicze
test video
test vid

Pogoda

Warszawa - Okęcie

justfly24
Najlepsze strony o samolotach
Loty nad Atlantykiem - cz. II PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
poniedziałek, 04 kwietnia 2011 10:54

W połowie lat trzydziestych XX wieku Włochy rządzone przez Benito Mussoliniego miały nieodpartą chęć wrócić do czasów swojej świetności. Świetności, jaką było Cesarstwo Rzymskie. Miał to nie tylko zapewnić sojusz militarno-polityczny z Niemcami, ale także odpowiednie rozwijanie własnej gospodarki i przemysłu. W tym ostatnim nie zabrakło także miejsca dla lotnictwa. Znalazło ono swojego zwolenników w poglądach głoszonych przez Giulio Doucheta i pracach konstruktorskich Gianni Caproniego. Zainteresowanych lotników również nie brakowało. Do tych najbardziej Italo Balbo.

 

k

Italo Balbo

 

Włoskie lotnictwo wojskowe pod wodzą wspomnianego generała Balbo wniosło również istotny wkład w pokonanie Oceanu Atlantyckiego. Miało to miejsce w 1933 r. Siedemdziesiąt siedem lat temu doszło do niezwykłego lotu. Nad Atlantykiem pojawiły dwa tuziny włoskich samolotów wojskowych. Były to odpowiednio przygotowane i wyposażone dwukadłubowe łodzie latające Savoia-Marchetti S-55X. Trzy lata wcześniej sprawdziły się w locie nad południowym Atlantykiem. Teraz czekał je test w locie nad Atlantykiem Północnym.

 

Każdy taki przelot był kosztowną imprezą. Wymagał przygotowań personelu naziemnego i latającego. Stawał się testem dla samolotów i egzaminował konstruktora. Stanowił także doskonałą okazję do promocji, zarówno ojczyzny konstruktora, a wielokrotnie też pilota. Był najlepszą reklamą samolotu. Dla zapewnienia obsługi meteo Włosi w Irlandii zainstalowali odpowiednio silną radiostację. Ta odbierała meldunki ze statków, które zostały zakotwiczone w najważniejszych ich zdaniem punktach oceanu.

 

Aeroflot_Savoia-Marchetti_S.55P

Savoia-Marchetti S-55X

 

1 lipca 1933 r. dwadzieścia cztery samoloty wystartowały ze swojej włoskiej bazy w Orbetello. Leciały przez Apeniny i Alpy kierując się w stronę Holandii. Po wodowaniu w Amsterdamie następne było wyznaczone już w Londonderry. Tak więc byli już bliżej celu swojego przelotu. W drogę na Islandię startowali z opóźnieniem. Zawiniła pogoda. 2400 km z Reykjaviku do Labradoru pokonali już bez przeszkód. Gdy minęli Nowy Brunszwik polecieli nad Kanadą w stronę Montrealu. Tu złapali drugi oddech. Dokonali również przeglądu technicznego. Tak zabezpieczeni lecąc nad Wielkimi Jeziorami polecieli wprost na targi do Chicago. Następnie znaleźli się w Nowym Jorku. W drogę powrotną wystartowali 22 lipca 1933 r. Pogoda znów przypomniała o sobie. Musieli zrezygnować z lotu nad Północnym Atlantykiem i polecieli na Azory. Wodowali na ich wodach 8 sierpnia 1933 r. Niestety, w czasie startu uszkodzeniu uległa jedna z łodzi latających. W zmniejszonym składzie kontynuowali lot do Lizbony. Ostatecznie swój lot zakończyli w Rzymie 12 sierpnia. Mieli za sobą 43 dni lotu i pokonaną odległość ponad 19 000 km. Mimo pewnych problemów natury technicznej utracili tylko dwa samoloty i wyprawę należy uznać za udaną.

 

James_A_Mollison

James Allan Mollison

 

Niezauważony został przelot szkockiego pilota Jamesa Allana Mollisona. Dał się poznać nieco wcześniej z przeltów do Australii i Afryki. Mollison planował swój lot nad Atlantykiem z zachodu na wschód... i z powrotem. Do swojego lotu zamierzał wykorzystać DH 80 „Puss Moth”. Był to seryjny De Havilland zaopatrzony w dwa zbiorniki paliwa. Jeden mieścił 340 l, a drugi 214 l paliwa. Razem ze zbiornikami skrzydłowymi jego zapas wynosił 736 l. Było to bardzo poważne obciążenie dla nie wzmocnionej konstrukcji. Przygotowania rozpoczął po powrocie do Wielkiej Brytanii z Afryki. Pokonał trasę do Cape Town w 4 dni i 17 h. Do swojej nowej przygody życia wystartował 18 sierpnia 1932 r. ze wschodniego wybrzeża Irlandii. Chciał przelecieć z Dublina do Nowego Jorku i z powrotem. Zamierzał tego dokonać w czasie dwóch i pół dnia. Wiedział czym ryzykuje. Po dobie lotu był już nad Halifaxem w Nowej Szkocji. Mgła zmusiła go do lądowania w kanadyjskim St. John. 20 sierpnia 1932 r. przybył do Nowego Jorku. Niestety na powrót za sterami nie pozwolił mu stan zdrowia. Pozostał jednak pierwszym lotnikiem z Europy, który przyleciał samotnie do Ameryki. W lipcu 1933 r. znów dał znać o sobie. Pojawił się nad Wielką Wodą z małżonką. Odbyli razem lot ze wschodu na zachód dwupłatowym dwusilnikowym De Havilland Dragon. Pani Mollison z domu Anny Johnson należała do nielicznego grona kobiet-pilotek w tamtych pionierskich czasach lotnictwa. Na cztery lata przed wybuchem II wojny światowej o jej mężu znów było głośno. Samolotem Bellanca przeleciał z Nowego Jorku do Londynu w czasie 13 h i 17 minut. Był też tym, który na „Puss Moth” przyjął i zwyciężył z południowym Atlantykiem. Leciał na trasie i tego samego roku to jest 1933 r. znanej z polskiego przelotu Stanisława Skarżyńskiego.

 

748px-Dragon_rapide_g-aeml_flying_arp

De Havilland Dragon

 

W cieniu włoskiego zwycięstwa pozostał lot dwóch Francuzów. Paul Codos i Maurycy Rossi pokonali 9 100 km w przelocie non stop trasę Stany Zjednoczone - Francja. Polecieli śladem zwycięskiego Amerykanina, Lindbergha. W swoim dalszym locie zawędrowali nad Niemcy i Austrię, żeby następnie przelecieć nad Grecją i Morzem Śródziemnym do Iraku. W ostatniej chwili zrezygnowali z lądowania w Bagdadzie. W 1934 r. wrócili nad Atlantyk tym razem startowali w przeciwnym kierunku. Paryż – Nowy Jork, za sprawą uszkodzonego śmigła zmuszeni byli do zrezygnowania z pobicia własnego rekordu lądując w San Francisco.

 

Generał Balbo swoim przelotem przyczynił się bardzo dobrze do promowania swojej ojczyzny. Niestety, wykorzystując łodzie latający nie zapoczątkował rozwoju linii lotniczych w komunikacji samolotowej Europa – Stany Zjednoczone. To stało się udziałem kogo innego. Atlantyk dalej kusił. Pochłonął jeszcze wiele ofiar. Niemniej jednak musiał uznać zwycięstwo nad sobą. Nie był niepokonany.

 

 

Oprac. Konrad Rydołowski

Fot. wikipedia.org

 

 

 

Reklama